Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Memories Bring Pain

Memories Bring Pain - Mirrordead

Memories Bring Pain

Wykonawca:

Mirrordead

Gatunek:

Death metal

7 /10

Pomimo pewnych animozji interpersonalnych pomiędzy mną, a niektórymi z członków Bielskiego Mirrordead do recenzji ''Memories Bring Pain'' podchodzę zupełnie obiektywnie, bez jakichkolwiek negatywnych uczuć, a właściwie to z pewną dozą entuzjazmu - bo zawsze fajnie jest się mile zaskoczyć.

Ci, którzy aktywnie śledzą śląską scenę metalową, pewnie o Mirrordead mieli już okazję usłyszeć. Nie ważne czy dobrze czy źle, przecież nie ma czegoś takiego jak zły PR, także nawet jeśli ten tekst będzie dla nich ujmą, jakby nie było ogrom ludzi czegoś się o nich dowie, a może nawet - paradoksalnie z ich twórczością się wzajemnie polubi.  Na początek krótka łatka stylistyczna - Mirrordead to wypadkowa takich nurtów jak death metal/hardcore czy mocno zakorzeniony w ameryce nu-metal. W sumie - jakby się uprzeć, to można ich wrzucić do worka zwanego new wave of american heavy metal - gdzie wszystkie te gatunki mają swoje odzwierciedlenie, czego najlepszym przykładem są albumy superpopularnej (a zwłaszcza lubianej przez członków Mirrordead) Chimairy. W każdym bądź razie zabawy w szufladkowanie wyrządzają więcej złego jak dobrego, choć jak mniemam takie, a nie inne przyporządkowanie bielszczan, może się im spodobać.

Słów kilka o samych dźwiękach. Spragnieni solidnego kopa w ryj niekoniecznie w uber szybkich tempach, okazjonalnych breakdownów czy też na wskroś melodyjnego łojenia z pewnością będą usatysfakcjoniwani. Ten album jest zaskakująco zróżnicowany... bo raz dostajemy pół-stonowane, a niby wciąż agresywne ''hity'' jak ''Bravecrowd'' czy ''I h8 That Bitch'', a innym razem absolutne pierdolnięcie w jednym z pierwszych utworów Mirrordead w ogóle - ''Forgotten Memory''. Niektórzy się śmieją, że to bardziej forgotten emo ryj, niż memory, ale co tam! Przede wszystkim podoba mi się prosta, zrównoważona gra aktualnie już ex-perkusisty zespołu, czyli Dawida ''Raszpla'' Janczały. Pod żadnym pozorem ów perkusista nie sili się na jakiekolwiek techniczne popisy, grając zarówno oszczędnie, brutalnie... a wciąż z jasnym groove od czasu do czasu posiłkując się nawet i blastem (''Moment I Prefer To Die''). Jedną z kluczowych postaci mających wpływ na styl gry Raszpa jest niewątpliwie Joey Jordison (patrz: przejścia na tomach).

Kontynuując, ''Memories Bring Pain'' ma zasadniczo dwie wady. Zgoła odmienne, a jednak psujące odbiór całości w mniejszym lub większym stopniu. Mnie osobiście niemożebnie denerwuje sound werbla. Bez obrazy, ale zasiadający za garami kolega Raszpel powinien sam z siebie dojść do wniosku, że werbel brzmi jak puszka, porównywalna do tej, z której korzystał Lars Ulrich na ''St.Anger''. No chociaż może, akurat tym razem ów bębenek ma więcej dołu niż na osławionej płycie legendy metalu. To nie grindcore, również nie brutalny death metal, nikt nie wymaga tak wysokiego strojenia! Drugą wadą, choć na całe szczeście, nie przejawiającą się przez cały czas trwania albumu, jest czysty śpiew Tomka vel Lorda Tatonia. Po cichu liczyłem na to, że ten... jakby nie było eksperyment, bo trudno tutaj mówić o jakimkolwiek poziomie czy talencie do czystego śpiewu, zostanie potraktowany albo zupełnie po macoszemu, albo - co z pewnością wyszło by im (a może bardziej mu?) na dobre. A skąd taka niechęć? Głównie z racji na (uwaga) dedykowany dla pani z matematyki utwór ''I h8 That Bitch''. Lwia część nomen omen całkiem zróżnicowanej kompozycji (wielkie brawa dla Pedrosa za solo) jest śpiewana. To wielki błąd, bo Tomek jak chce to potrafi się całkiem nieźle wydrzeć czy też, opcjonalnie nisko growlować - w przypadku tej ostatniej techniki jestem bardzo mile zaskoczony. Gorzej jest z wyższymi rejestrami, ale biorąc pod uwagę wiek poniżej dwudziestki oraz fakt, iż to tak naprawdę dopiero początek ''kariery'', jest całkiem dobrze. Szkoda tylko, że Tomek na siłę stara się prezentować wszystkie możliwe oblicza wokalnej ekwilibrystyki. Świni mi tu tylo brakuje, aczkolwiek, coś mi się wydaje, że na upartego i to dałby radę z siebie wykrzesać.

Podsumowując: jeśli szukasz młodych, spragnionych grania muzyków, którzy konsekwentnie pracują nad swoją przyszłością, a wciąż pozostają w brutalnym, metalowym światku sprawdź koniecznie Mirrordead. Nie gwarantuję jednak, że zagoszczą w twoim odtwarzaczu na dłużej niż trzy obroty, nie twierdzę też, że podbiją rodzimą scenę muzyczną. Co to, to nie. Ale biorąc pod uwagę to, ''Memories Bring Pain'' kosztuje nieco więcej niż paczka Marlboro - można się o to wydawnictwo pokusić.

Grzegorz ''Chain'' Pindor