Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / She Looks So Good In Red

She Looks So Good In Red - Remembering Never

She Looks So Good In Red

Wykonawca:

Remembering Never

Gatunek:

Metalcore

9 /10

Floryda. Słoneczny stan w sam raz dla kogoś, kto szuka miejsca do zamieszkania po przejściu na emeryturę. Stan, z któego wywodzą się muzycy, którzy raczej nie grają muzyki do puszczania na dancingach. Z jednej strony silną reprezentację ma death metal. Morbid Angel, Death, Obituary, Cannibal Corpse czy Nile, by wymienić tylko kilka z nich.

Z drugiej strony tam właśnie powstało kilka znakomitych bandów hardcorowych z Shai Hulud, Morning Again i Strongarm na czele. Na gruzach tego ostatniego zrodził się też znakomity rockowy zespół Further Seems Forever. W ten pokrętny sposób dochodzimy do bohaterów niniejszej recenzji, Remembering Never, którzy pochodzą - nie uwierzycie - z Florydy!

Remembering Never nagrało jak dotąd trzy płyty, wszystkie w obrębie szeroko pojętego metalcore'a. Co ciekawe, zespół odcina się od swojego debiutu. "She Looks..." to jedyna płyta, której nie sprzedają na koncertach i nie grają numerów na niej zawartych. Ale nie tylko z tego powodu ten krążek różni się od ich późniejszych wydawnictw. Kolejne albumy są jeszcze bardziej brutalne, teksty są natomiast bardzo zaangażowane społecznie i politycznie. "She Looks...", jak łatwo się domyślić, podejmuje głównie temat utraconej miłości. Jako że zarówno muzyka, jak i teksty to dzieło kolektywne, pewnikiem każdy z muzyków ma jakieś ciężkie przejścia z kobietami. Wynikająca z tego frustracja została skumulowana w tej ok. 40-minutowej płycie. Cóż, powód dobry jak każdy inny, by nagrać fajną płytę. Dopełnieniem całości jest sugestywne zdjęcie w wewnętrznej części okładki z dziewczyną zanurzoną w wodzie zabarwionej czerwienią.

Bywa tak, że czasem brak środków sprawia, że osiąga się efekt ciekawszy od tego, który by się osiągnęło mając więcej szczęścia. Tak jest i tutaj, gdyż brak kasy w trakcie nagrywania albumu wpłynął pozytywnie na brzmienie. Paradoks. Kolejne płyty Remembering Never są dopieszczone brzmieniowo i nie można im nic zarzucić. W przypadku "She Looks..." szczęśliwie się złożyło, że utwory zostały opatrzone surowym soundem. Perkusja brzmi, jakbyśmy słuchali płyty live, gitary mają specyficzne brudne brzmienie, przez co całość świetnie brzmi w brutalnych partiach.

Płyta ma bardzo spontaniczny charakter, słychać, że chłopaki mieli masę pomysłów i nie kalkulowali, tylko chwycili okazję nagrywając bardzo dobre utwory. Płyta jest dość melancholijna, mimo że zawarto na niej sporo agresji i brutalności. A był to czas, gdy zespoły nie myślały, że by brzmieć brutalnie, trzeba grać breakdowny co 10 sekund. Doskonale balansują się mocne partie z lżejszymi; sporo dzieje się w utworach. Udało się zawrzeć sporo połamanych partii perkusji przy agresywnie prujących gitarach, a z drugiej strony to jedyna płyta Remembering Never, gdzie znalazło się niemało przestrzeni, akustycznych partii i czystego śpiewu. Mamy zmiany tempa, utwór może rozpocząć się akustycznym tematem, by za chwilę nabrać tempa; po brutalnym temacie wchodzi przestrzennie brzmiąca gitara i 'czysty' wokal. Najlepszym tego przykładem jest "Big Jims Mistake". Po akustycznym temacie pojawia się świetny, właściwie death metalowy riff, perkusista gra na dwie stopy, po czym nagle wszystko przechodzi płynnie w świetny przestrzenny temat, a Pete Kowalsky śpiewa "Your inspiration world of lies/I see your failure in my eyes/Tears burn an open wound/Burn away my memories of you". Z kolei w "Alison's Song" pojawia się jeden z najlepszych brutalnych riffów, jakie w życiu słyszałem. Ciężkie, surowe brzmienie pomogło wydobyć z niego pożądaną esencję. Znakomity riff. Po drugiej stronie lustra jest dużo łagodniejszych partii, więcej melodii, żeby nie było jednostajnie i nudno. Niektóre riffy brzmią na przykład jak podkręcona wersja kalifornijskiego hc/punka ("Nothing To Anyone"). Wszystkie te partie, szybkie, średnie, agresywne, melodyjne, akustyczne, ciężkie i brutalne podane są w bardzo charakterystyczny dla Remembering Never sposób. Stało się to niejako podwaliną ich stylu, który po dziś dzień jest rozpoznawalny na pierwszy rzut ucha.

Kolejny element to wokal Pete'a Kowalsky'ego. Kowalsky histerycznie, ale nie męcząco wydziera się w mocniejszych partiach, świetnie dopełniając pracę muzyków. Jego maniera trochę przypomina innego metalcorowego mistrza, Keitha Holuka z Ligeia (USA). W lżejszych próbuje śpiewu. Słychać, że nie jest Elvisem, a jednak to też nadaje specyficznego klimatu płycie. Jego głos zawiera przyjemną nutę melancholii i bardzo dobrze sprawdza się w melodyjnych fragmentach. Ten wokal to echo lepszych czasów, nim scenę opanowali (na szczęście nie w całości) panowie o zniewieściałych głosach.

HC/Metal/Groove, niby jest teraz tak grających bandów na pęczki, a jednak materiał ten wyróżnia się na tle konkurencji. Miłośnicy starszych produkcji Poison The Well czy From Autumn To Ashes na pewno nie będą zawiedzeni, choć ci akurat na pewno są zaznajomieni z muzyką Remembering Never. Tak czy inaczej, jeśli szukasz połączenia brutalnego, agresywnego grania z lżejszymi, melodyjnymi partiami, w surowej oprawie brzmieniowej, a wszystko utopione w lirykach o nieszczęśliwej miłości, ta płyta jest dla ciebie.

Muzycy po ostatnim albumie "God Save Us" (2006) zrobili sobie przerwę, ale chodzą słuchy, że Kowalsky na nowo zmontował skład i kolejna płyta ("This Hell Is Home") powinna pojawić się już w 2011 roku.

Jeszcze małe info parafialne. CD zawiera 66 ścieżek, płyta kończy się na 11 półakustycznym "Last Night Alone", a ostatnia ścieżka zawiera 'ukryty' numer. Nie wiem, po co ten zabieg, bo nie jest to jakiś eksperymentalny kawałek, żaden wypełniacz, a tylko utwór, który mógłby spokojnie znaleźć się w dowolnym innym miejscu na  płycie.

Sebastian Urbańczyk