Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Counting Our Scars

Counting Our Scars - Desultory

Counting Our Scars

Wykonawca:

Desultory

Gatunek:

Death metal

7 /10

Kolejny muzyczny powrót na scenę po latach nieobecności. To masowe zjawisko przybiera powoli rozmiary epidemii. W dodatku, prawdziwie śmiercionośnej, bo najczęściej dotyczącej death metalu. Wydaje się przy tym, że najwięcej ognisk zapalnych tej rezurekcyjnej zarazy zlokalizowanych jest w Szwecji.

Najwyraźniej taka jest siła państwa opiekuńczego, że nawet trupom przywraca życie. Niedawno w Gitarzyście gościł Interment, teraz czas na Desultory, który swój ostatni album przed rozpadem nagrał całe 14 lat temu. Tym razem to zdecydowanie bardziej rozpoznawalna nazwa, choć na skutek różnych wydarzeń kapeli nigdy nie udało się osiągnąć należytego sukcesu. Zespół dobrze wstrzelił się ze swą najważniejszą pierwszą epką "Forever Gone", która ukazała się w 1991 roku. Niestety, zbyt długo bawił się z oficjalnym debiutem, i kiedy wreszcie dwa lata później "Into Eternity" ujrzał światło dzienne, Entombed był już gwiazdą z dwiema płytami na koncie i trzecią w drodze. Podobnie Unleashed czy Dismember. Jednak na dalszej, krótkiej karierze zespołu, cieniem będzie się kładł nie tylko ten czasowy poślizg sprawiający, że Desultory zawsze było o krok za konkurencją, ale też brak zdecydowania, związany z wyborem stylistyki.

Wszystkie te porównania mają unaocznić zwłaszcza kontekst czasowy, mniej podobieństwo muzyczne, bowiem początkowo kapela próbowała brzmieć nieco inaczej. I trzeba przyznać, że to się jej udało. Przede wszystkim, biorąc pod uwagę debiut, na tle ww. bandów w muzyce Desultory można było odnaleźć zdecydowanie więcej melodii. Można nawet uznać, że zespół bardziej zajmował się wrzucaniem sztokholmskich kamyczków do goeteborskiego ogródka uprawianego przez At The Gates. "Into Eternity" to jednak nie tylko jedna z najważniejszych płyt klasycznego sztokholmskiego death metalu, ale też jeden z niewielu albumów wyprodukowanych w Sunlight, która nie nosi tak wyraźnego wpływu Skogsberga. Na tym kończy się oryginalny wkład Desultory w rozwój szwedzkiej sceny. Na kolejnym, udanym jeszcze krążku - "Bitterness" - Szwedzi zerkają w stronę klimatów wziętych na warsztat na przykład przez Cemetary. Ostatni, trzeci w dyskografii "Swallow the Snake" to już wyraźny zjazd w dół i kolejny odwrót stylistyczny, tym razem w kierunku bardziej rockowego grania. Tego było już za wiele i płyta spotkała się z bardzo chłodnym przyjęciem, co prawdopodobnie istotnie przyczyniło się do rozwiązania zespołu.

Nic dziwnego, że kiedy po 14 latach, 3/4 oryginalnego składu Desultory podjęło decyzję o reanimacji starego szyldu i nagraniu nowego materiału studyjnego, muzycy stylistycznie cofnęli się właśnie do czasów debiutu, biorąc także co nieco z "Bitterness". "Counting Our Scars" nawiązuje do tych materiałów w sposób wręcz dosłowny. To przede wszystkim zasługa brzmienia gitar, choć na pokładzie nie ma już Stefana Pöge. Okazuje się jednak, że bracia Morberg (Haken przesiadł się z basu na gitarę) dobrze wiedzieli, jak powrócić do starych patentów. Myślę tu na przykład o charakterystycznych solówkach, niemal toczka w toczkę podobnych do tych z debiutu. Zwróćcie uwagę choćby na "The Moment Is Gone", po brzegi wypełniony dobrze znanymi rozwiązaniami.      

Nie powiem, wyszło nad podziw zgrabnie, w końcu muzycy dysponują odpowiednim warsztatem, ale zajeżdża mi to zarazem koniunkturalizmem. Jakie by jednak nie były przyczyny tej nagłej miłości do utrzymanego w szybkich tempach, melodyjnego, ale pozbawionego nadmiernej słodyczy death metalu, ważniejsza wydaje się kwestia, czy ten album był naprawdę potrzebny. Szczerze mówiąc, nie jestem o tym do końca przekonany, i to mimo mojej nieuleczalnej szwedofilii. Choć kawałkom umieszczonym na "Counting Our Scars" trudno cokolwiek konkretnego zarzucić, całości materiału brak wyrazistości; wszystko zlewa się w jeden ciąg riffów, solówek i perkusyjnych galopad. Właściwie jedyny wyróżniający się utwór to "Dead Ends" - typowy, ale urokliwy patatajec. W moim odczuciu ten krążek jest za mało brutalny i za mało retro, by przypaść do gustu zagorzałym oldschoolowcom. A jednocześnie zbyt agresywny dla wielbicieli lukru i wirtuozerskiego tańca po gryfie. Taki death metal środka, dla wszystkich, i jednocześnie, dla nikogo.

Szymon Kubicki