Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / 7 Sinners

7 Sinners - Helloween

7 Sinners

Wykonawca:

Helloween

Gatunek:

Power metal

7 /10

Nasi szanowni sąsiedzi obchodzili jakiś czas temu 25 lecie działalności, zrobili trasę, nakręcili kilka teledysków i przyszedł czas na nagranie zupełnie nowego materiału. Jaki jest tego efekt?

Muszę przyznać, że mój światopogląd nieco zachwiał się w posadach. Pozytywny, wesoły, radosny i prosty w odbiorze Helloween gdzieś przepadł. Zrobiło się mroczniej, ciężej, i co za tym idzie, praktycznie zupełnie inaczej niż do tej pory. Owszem, pewien zespół na H miał w swojej karierze momenty totalnej odskoczni od tego, do czego przyzwyczaili słuchaczy przez te bądź co bądź parę lat (vide "The Dark Ride"), ale taki epizod ma chyba każdy zespół.

Materiał zgromadzony na "7 Sinners" zaskoczył mnie. Z jednej strony, nie jest on wybitny, jeśli się go słucha w domu/samochodzie/na przystanku. Ale z drugiej… Mając niewątpliwą przyjemność poznać te utwory w wersjach koncertowych, muszę z niekłamanym zachwytem przyznać: są one idealne do grania na żywo. Takie "Where The Sinners Go", czy w szczególności "Are You Metal?" nabierają mocy i mają niesamowitą energię, czego na albumie nie czuć aż tak wyraźnie.

Jednakowoż, odrzucając wszelkie oczekiwania wobec zespołu, trzeba przyznać, iż panowie zaprezentowali nam całkiem spójny materiał. Nie ma momentów wahania, czy stylistycznych zgrzytów, ale i nie jest nudno. Zespół zrealizował swój pomysł na tę płytę z zadziwiającą konsekwencją. Miało być tak mrocznie, że aż grzesznie? No i jest. Oczywiście, nie jest to mrok i szatan pokroju powiedzmy Gorgoroth, ale mimo wszystko pląsających radośnie dyń raczej nie należy się spodziewać.  

Chociaż z drugiej strony nie można też powiedzieć, że zespół zupełnie odciął się od tego co robił wcześniej.  Mamy nawiązania do wszystkich Keeperów, kiedyś był Perfect Gentleman, teraz zaczynają się poszukiwania tajemniczego Mr. Madman. Ale kto nim jest - tego trzeba się dowiedzieć we własnym zakresie.

W przeciwieństwie do "klasycznego" Helloweena, w którym na pierwszym planie sprzętowym były gitary, tutaj na prowadzenie wysuwa się perkusja. Odniosłam wrażenie, że ona jest kręgosłupem i głównym motorem wszystkich nagrań. Jest bardzo ładnie wyeksponowana, ale niezagłuszająca pozostałych instrumentów, oraz wokalisty. Inna sprawa, że perkusistę mają dość dorodnego, więc i dźwięku musi być dużo. Czasem przemyka się jakiś bas. Natomiast niestety, trzeba przyznać, że solówki Saschy nie mają tej finezyjnej lekkości, jak te  wykonywane przez jego poprzedników. Myślę, że jest on jako muzyk nastawiony na nieco inne klimaty i robi co może, aby upchnąć chociaż trochę własnych pomysłów na każdej kolejnej płycie. Chociaż ze swojej skromnej strony nie jestem przekonana o tym, czy jest to wyjątkowo fantastyczny pomysł…

Niewiele za to można zarzucić wokalom. Deris ma już całkowicie ugruntowaną pozycję wśród wokalistów, a co ciekawe nie ma lepszych i gorszych momentów. Jest równo, jest dość wysoko i tak jak być powinno. Teksty są na niezłym poziomie (jak zwykle zresztą), nie ma się za bardzo do czego doczepić. Nie są one może wyjątkowo ambitne, czy chwytające za serce, ale też chyba nikt tego nie oczekuje. Wpadają w ucho, fajnie się je nuci - czego chcieć więcej?

Płyta jako całość nie jest wyjątkowo udana, ale też nie jakaś rozpaczliwie kiepska. Ma lepsze i gorsze momenty, bez niespodziewanych zwrotów akcji w którąś ze stron. Ot, dobre, ciężkie granie. Bez zbędnego zadęcia. Ostatecznie muzycy na tym poziomie nie muszą nikomu niczego udowadniać. I mimo, iż ta płyta jest inna niż pozostałe, to warto po nią sięgnąć - przynajmniej żeby wiedzieć z czym to się je i zastanowić się dlaczego dynia na okładce zmieniła image i jest taka jakaś… metalowa.

Julia Kata