Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Serpent’s Heathland

Serpent’s Heathland - Mountain Throne

Serpent’s Heathland

Wykonawca:

Mountain Throne

Gatunek:

Doom metal

7 /10

To się nazywa duch postępu i digitalizacja na całego. Wytwórnie, zgodnie z oficjalną propagandą, stojące na krawędzi upadku, radzą sobie jednak w każdej sytuacji, a Internet znakomicie im w tym pomaga. Ten wróg i przyjaciel w jednym ułatwia zarówno kradzież, jak i promocję muzyki. I to na niespotykaną wcześniej skalę.

Tym sposobem do recenzji w postaci digital promo trafia choćby taka epka Mountain Throne, fizycznie wydana wyłącznie na dwunastocalówce, na dodatek w ścisłym limicie do 500 sztuk. Kiedyś sytuacja nie do pomyślenia. Winylowe promówki zdarzały się rzadko, a promocją tego rodzaju wydawnictw nikt nie zawracał sobie głowy. Tymczasem, dzięki cudownym mp3 opłaca się teraz 'rozsyłać' mediom i takie materiały. Niby czemu nie, w końcu odbywa się to niemal bezkosztowo. Maili z odpowiednimi linkami rozprowadzono pewnie więcej niż wytłoczono realnych nośników. Jaki to ma właściwie sens? To jednak temat na dłuższą dywagację, na którą tu szkoda miejsca.         

Szkoda, że Cyclone Empire nie przeznaczyła zaoszczędzonych środków na przykład na projekt okładki "Serpent’s Heathland". Takiego masakrycznego badziewia dawno nie widziałem. Rozumiem, że czarny krążek to oldschool i takie tam, a obrazek z komputera może zdaniem niektórych nie pasować, ale bez jaj. To wygląda przecież jak rysunek średnio uzdolnionego plastycznie sześciolatka; ’ozdabianie’ nim oficjalnego wydawnictwa jest po prostu żenujące. Podobne covery zdarzają się jeszcze czasem na blackmetalowych płytach nagrywanych gdzieś w środku lasu, na sprzęcie podpiętym do dziupli, ewentualnie na wynalazkach w rodzaju debiutu Realmbuilder sprzed dwóch lat - jednym z najgorszych materiałów, jakie dane mi było usłyszeć od ładnych paru lat. W takich przypadkach opisane bohomazy pełnią bardzo użyteczną funkcję odstraszającą. Problem w tym, że właściwie szkoda by było, gdyby potencjalni słuchacze Mountain Throne uciekali z krzykiem na widok obrazka do "Serpent’s Heathland", bo zespół wcale sobie na to nie zasłużył.

Muza w wykonaniu Niemców jest naprawdę przyzwoita. Najprościej rzecz ujmując, kapela gra prosty heavy metal z bardzo wyraźnymi wpływami tradycyjnego, epickiego doom metalu. Słychać, że panowie wiedzą, o co chodzi w takim graniu i wiedzę tę potrafią umiejętnie przekuć w dźwięki. Najlepszym tego przykładem jest taki choćby "Altar of Reason" czy "Endtime", oparte na wyrazistym motywie przewodnim i udanych partiach śpiewu. Słyszałem albumy bardziej uznanych marek, które nie zawierały żadnego utworu mogącego pod względem tego specyficznego feelingu równać się z wyżej wymienionymi kompozycjami. Znalazło się tu także miejsce na zgrabny, krótki, instrumentalny przerywnik, czy walcowaty "The Merry Men", zamykający krążek.    

Porównania z Mirror of Deception są zdecydowanie na miejscu, tym bardziej, że połowa składu Mountain Throne gra właśnie w tym zespole. Zresztą, prawdę mówiąc muza MT przemawia do mnie bardziej niż Mirror of Deception, zwłaszcza z uwagi na lepszy wokal. Wytwórnia snuje analogie z Lamp of Thoth i jest w tym małe ziarenko prawdy, z tym że Lamp gra jednak o kilka klas lepiej.

Pięć kawałków, składających się na recenzowaną debiutancką epkę, zamyka się w nieco ponad 20 minutach i nie jest to czas stracony. Owszem, Niemcy nie oferują nowej jakości, ale "Serpent’s Heathland" jest zaskakująco wręcz porządna. Będę pamiętał o Mountain Throne, bo na pełnometrażowym albumie mogą jeszcze błysnąć.

Szymon Kubicki