Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / The Here and Now

The Here and Now - Architects

The Here and Now

Wykonawca:

Architects

7 /10

Nie było jeszcze takiego albumu, na którym bym się tak zawiódł, jak na nowym Architects. Nie przypominam sobie żadnego core'owego wydawnictwa, które by wywołało we mnie tyle skrajnych emocji - przez ekscytację, po nostalgię, a na rozpaczy kończąc - i na przy niej pozostając.

Jeśli mnie pamięć nie myli, to równie mocno narzekałem przy odsłuchach ''A Sense of Purpose'', Szwedek z In Flames. ''The Here And Now'' z czysto komercyjnego punktu widzenia ma szansę okazać się sukcesem i solidnym zastrzykiem gotówki dla włodarzy Century Media. Dla fanów zaś - bolączką, i ciężkim orzechem do zgryzienia, wymagającym zmiany nastawienia, przychylności i swoistego kredytu zaufania. Wątpię, by nagle wszyscy się od nich odwrócili, bo zmienili styl, dodali nowe elementy i zrezygnowali z core'owo/meszugowego łojenia, ale nie wykluczam takiej możliwości.

''The Here and Now'' otwiera bardzo ''radio-friendly'' numer o tytule ''Day in, Day Out''. Opener zwiastuje radykalną zmianę stylu, redukcję typowego dla nich jebnięcia na rzecz bardziej komercyjnego grania, z dobrą melodią na froncie i czystymi wokalami w roli głównej. Tych ostatnich jest najwięcej, co jest zdecydowanym odstępstwem od przyjętej reguły gdzie frontman Architektów ryczał wniebogłosy. Ja nie przeczę, Sam ma cudowny głos, w pewnym sensie można by rzec, że taki anielski, ładny, ciepły (ballada ''Hollow Crown'' była tego świetnym dowodem), ale jeśli mamy mówić o Architects, chcę mówić o brutalnej muzyce, okraszonej równie rozwścieczonymi wokalami co dźwięki, nie zaś notorycznym pianiem, od czasu do czasu przerywanym agresywnym wyziewem.

I to jest główną wadą ''The Here And Now'', bo już pal licho, że muzyka skręciła na bardziej komercyjne tory, gdzie nie chodziło o rozwój, tylko raczej próbę nagrania czegoś innego. Szkoda, że nie pod inną nazwą, bo by być szczerym, jedyne co łączy stare z nowym na tej płycie to konkretny, w pewnym sensie nawet i całkiem punkowy ''Delete. Rewind'', szybki, połamany ''The Blues'' i rozbudowana do granic możliwości kompozycja ''Year in Year Out/ Up and Away'', gdzie słyszymy Grega Puciato z The Dillinger Escape Plan, z którymi to jeszcze przy wydaniu ''Hollow Crown'' mieli całkiem sporo wspólnego. A tak, niestety, jest bieda, rozdrabianie się na nieco popowe formy, przeskakujące na post-rock, i melodyjny metal. Prócz zaskoczenia w postaci ''Day In, Day Out, warto wspomnieć o balladowym, przywodzącym nieco na myśl Devil Sold His Soul ''An Open Letter to Myself'', czy też nostalgiczne, epickie wręcz ''Heartburn'', którego pozazdroszczą im wszystkie indie formacje. Nie ma innej opcji.

Brzmieniowo klasa sama w sobie. Przybrudzone, ale wciąż masywne brzmienie to miła odmiana dla ucha zmęczonego sterylnością. Zmiana soundu doskonale sprawdziła się w materii samych bębnów, które ani trochy nie straciły na mocy. Warsztatowo również klasa - praca gitar w ''Blue Eyes'' to istne szaleństwo. Pojawia się też kilka technicznych zagrywek, i bardzo charakterystyczne solówki. Niestety, nie odmawiając Anglikom talentu, zarówno kompozytorskiego jak i warsztatowego, stwierdzam, że wyobraźnia poniosła ich nie tam gdzie trzeba. Zarówno krytycy jak i fani powinni spuścić na nich kubeł zimnej wody, a następnie, dając im kuksańca skierować ich na jedyną słuszną drogę, matematycznego wizjonerstwa, prawdziwych emocji, i dystansu do świata.

Grzegorz ''Chain'' Pindor