Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Irrelevant Nonsense Machine Element

Irrelevant Nonsense Machine Element - Vidian

Irrelevant Nonsense Machine Element

Wykonawca:

Vidian

Gatunek:

Death metal

8 /10

Vidian pochodzi z Bydgoszczy - miasta wciąż skłóconego z Toruniem, choć sami muzycy raczej lubią grać w zwaśnionej miejscowości. Pomimo kulturalnych i niemalże ''etnicznych'' animozji, Bydgoszcz, jak i cały teren województwa kujawsko-pomorskiego, to dobre zaplecze dla metalowych formacji (Sammath Naur, None, Chainsaw), oraz tych, które rzadko lub wcale, o ów gatunek się ocierają (Schizma, Something Like Elvis).

Tak czy owak, Vidian ze swoim debiutem ''Irrelevant Nonsense Machine Element'' dołącza do grona formacji, które dumnie mogą reprezentować zarówno swoje województwo, jak i cały naród, bo mówiąc zupełnie szczerze i bez wazeliniarstwa, ich debiut to jedno z ciekawszych wydawnictw w około deathmetalowej stylistyce, zarówno bieżącego, jak i ubiegłego roku.

Na oficjalny debiut Vidian, nagrywany pod czujnym okiem realizatorów z Sounds Great Studio (jeśli nie wiecie, gdzie swoje opusy nagrywało Blindead - macie odpowiedź, i zachętę do rejestrowania swojej muzyki właśnie tam), przyszło nam poczekać niespełna dwa lata. Ci zaś, którzy uważniej śledzili poczynania grupy, wiedzieli, że pracy włożonej w ten materiał było co niemiara. Album otwiera bardzo mechaniczny, budzący skojarzenia z Gojira, a nawet i Fear Factory, szybki, ostro walący po mordzie ''The Soil''. Co rzuca się nie w oczy, a uszy, to pogmatwana gra perkusisty zespołu (świetne triole na stopach), konkretnie walący po uszach werbel, charakterystyczne riffy oraz element, który może budzić kontrowersje - bardzo core'owy wokal. Szy choć gardło ma nie od parady, mógłby jednak nieco bardziej pokombinować z własnymi partiami, gdyż w przeciągu całego albumu jego scream (bo nie wiem jak to do końca nazwać?), nieco męczy - choć, na dobrą sprawę tylko on ''tam'' pasuje.

Dalej jest nie gorzej, z tym, że jeżeli ktoś oczekuje mocnego ataku z blastem w roli głównej lub super szybkich temp przechodzących w breakdowny - poważnie się zawiedzie. Załoga Vidian stawia na groove, przestrzeń oraz na emocje, z tym, że skrzętnie skrywane. Depresja, nostalgia, a do tego cężki koncept liryczny dodają należytego posmaku całości, czyniąc z tego albumu jeszcze ciekawszy materiał. ''Minor States of Imbalance'' zaskakuje płynnością zmian nastrojów, żonglerką pomiędzy ciężarem, agresją (a i okazyjnym blastem) a melodią, bez której, mimo wszystko, nie można się obejść. Ponownie nie brakuje ukłonów w stronę Francji/Holandii, ale to zaleta - nie wada. Pod koniec utworu, słyszymy bardzo zgrabne harmoniczne solo, do którego zdecydowanie warto wracać.

''Seuls dans l'universe'' to prosta akustyczna miniatura, z wykorzystaniem krzyku frontmana Vidian, odświeżająca złożoną całość. Oddech jakim jest ''Seuls...'' to przedsmak konkretnego wyziewu w postaci chyba najbrutalniejszego, a jednocześnie bogatego w nastroje ''Shot!'' (przy okazji mój osobisty faworyt, głównie z racji na wykorzystanie czystych wokali). Album wieńczy utwór tytułowy prezentujący bogactwo riffów, pejzaży emocji i uczuć, będący swoistą wisienką na nomen omen niezbyt smacznym, bo przecież metalowym torcie. Solo w środku utworu idące w parze z wokalami Szy to dowód na to, jak w death metalowym światku wykreować aurę, która łapie za serducho nawet przeżartego metalcore słuchacza. ''Irrelevant Nonsense Machine Element'' to opus magnum, utwór - monolit od początku do końca, bez ani jednego zbędnego dźwięku, aż po sam koniec plemiennych przejść na tomach i wybrzmiewania gitar (plus elektronicznych smaczków).

Podsumowując: fani takich formacji jak Gojira, Hacride, Textures, Fear Factory - a w porywach, nawet i zwolennicy krajowego Blindead będą w pełni usatysfakcjonowani. Miejcie oczy i uszy otwarte, bo Vidian być może w najbliższych miesiącach zagra w waszym mieście, z kolegami z Pomorza, siejąc przy tym niemałe spustoszenie. Death metal to nie tylko blasty, niekończące się growle i popisy techniki. Od dziś na krajowym poletku mamy zespół, który postawił na elementy zgoła odmienne od przyjętej reguły. Chwała im za to, bo choć z ''wybiciem się'' będzie ciężko, jeśli nie będzie to praktycznie niemożliwe (dobry materiał to niestety nie wszystko, przykład: poznański Neurothing), tak nie bójcie się wydać tych trzydziestu złotych na solidnie (wersja specjalna może ''zniszczyć wszystko'') wydany własnym sumptem album. Oprawa graficzna to nie dzieło photoshopa, a sound jest w pełni żywy - bez wszechobecnej cyfry, zwłaszcza na bębnach. Lubię to!

Grzegorz ''Chain'' Pindor