Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Live In San Antonio

Live In San Antonio - Eugene Hideaway Bridges

Live In San Antonio

Wykonawca:

Eugene Hideaway Bridges

Gatunek:

Blues

9 /10

Gdy cały świat zatrząsł się od kryzysu finansowego, wywołanego m.in. przez krachem na rynku nieruchomości, jeden bluesman nie przejął się tym kompletnie. Jego problem wahających się cen domów i mieszkań nie dotyczy. Eugene "Hideaway" Bridges oświadczył bowiem, że nie ma domu.

Zresztą, na co mu dom, skoro i tak by w nim nie przebywał. Spędza w końcu cały rok w trasie koncertowej, nie zatrzymując się nigdzie na dłużej.

Eugene "Hideaway" Bridges od najmłodszych lat stykał się z muzyką. Spokrewniony jest ze słynną rodziną Bullocków (z której wywodzi się Tina Turner), nic więc dziwnego, że talentu wokalnego natura mu nie poskąpiła. "Hideaway" szybko nauczył się grać na gitarze i już jako dziecko występował na scenie u boku ojca. Nie było to może wychowawcze podejście, a jego efekty możemy obserwować dzisiaj. Eugene Bridges ze swoim wojażerskim, niestabilnym trybem życia za wzór cnót nie uchodzi, ale  i tak warto poświęcić mu chwilę uwagi za sprawą najnowszej płyty.

"Live in San Antonio" to szósty album i jednocześnie jedyny koncertowy w dorobku artysty, o którym mówi się, że jest krzyżówką B. B. Kinga z Sam Cookiem. Porównanie to nie jest w żaden sposób przesadzone, a można przekonać się o tym już po pierwszych minutach odsłuchu, trwającej przeszło godzinę, płyty. Eugene "Hideaway" Bridges udowadnia, że nie zmarnował ani chwili w swej niekończącej się, 40-letniej trasie koncertowej. Muzyk czerpie z najlepszych wzorców, pozostając przy okazji autentyczny - pamiętajmy bowiem, że zaledwie dwa utwory spośród piętnastu zawartych na płycie nie są jego autorstwa. Warstwa techniczna również stoi na wysokim poziomie. "Hideaway" dysponuje pięknym, soulowym głosem, choć są momenty, gdy zmienia się w typowego bluesowego "shoutera".  Instrumentarium nie pozostawia nic do życzenia, przygrywający zespół brzmi zawodowo i dynamicznie, a wszystkie nagrania zostały zarejestrowane w wysokiej jakości.

Może i Eugene "Hidaway" Bridges nie jest najlepszym wzorem do naśladowania. Jest bluesmanem, nie ma domu i żyje od koncertu do koncertu. Całe szczęście, że zatrzymuje się czasem w jakimś "porcie" na dłużej, by nagrać i wydać płytę. Ostatnia śmiało mogłaby uchodzić za przykład, jak powinien brzmieć tradycyjny blues w XXI wieku!

Kuba Chmiel