Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Blind to What is Right

Blind to What is Right - The Carrier

Blind to What is Right

Wykonawca:

The Carrier

9 /10

Z nowym The Carrier jest jak z filmami Hitchcocka. Zaczyna się od trzęsienia ziemi, a później napięcie już tylko rośnie. Długo przyszło czekać na następcę genialnego debiutu Amerykanów z 2007 roku. Dłużej niż tytułowe "One Year Later". Po drodze była jeszcze znakomita epka "No Love Can Save Me", która jedynie zaostrzyła apetyt na nowego długograja.

Płyta wyciekła do netu już dwa miesiące przed oficjalną premierą. Takie czasy. Każdy zainteresowany zdołał więc zapoznać się z tym materiałem. W oficjalnym obiegu materiał jest jednak od kilku tygodni. Walentynki to niezła wymówka, więc nie ma się nad czym zastanawiać. Zresztą, płyta pełna jest pozytywnych liryk i radosnej muzyki, więc idealnie nadaje się na prezent dla najbliższej osoby.

Czas przejść do zawartości krążka. A na tę składa się 9 numerów, ciężkich, agresywnych, nie pozbawionych melodii, surowych w brzmieniu hardcorowych petard. A w każdym razie, większa ich część.

Jakiś czas przed premierą, pojawiło się video zapowiadające "Blind to What is Right". Muzyczne tło dla obrazu stanowił instrumentalny numer "Into Darkness", przedostatni na płycie. Od razu rzuciła się w uszy zmiana w brzmieniu w stosunku do poprzedniej płyty. Sam numer brzmiał bardzo sludge’owo, co nie jest niczym nowym we współczesnym graniu hardcorowym. Wystarczy posłuchać płyt wydawanych przez Deathwish Inc. z belgijskim Rise And Fall na czele. To dobrze, że są zespoły w tym gatunku, które wciąż poszukują nowych rozwiązań, nie boją się czerpać z innych gatunków. A spuścizna Neurosis, czy wczesnych nagrań Mastodon to na pewno dobre źródła inspiracji.

Czysto muzycznie The Carrier nie proponuje niczego nowego, w odniesieniu do wcześniejszych wydawnictw. Wciąż mamy do czynienia z porywającymi, melodyjnymi i agresywnymi hardcorowymi kompozycjami. Te przeplatane są wolniejszymi lub granymi w średnim tempie numerami. W nich też sludge’owe naleciałości słychać najwyraźniej. I to dobry moment wytchnienia przed kolejnym atakiem na zmysły słuchacza. Ta muzyka, pełna pasji i prostego czadu, poruszyłaby umarłego. Taką energię mają jedynie crustowe bandy w stylu Alpinist, Tragedy czy From Ashes Rise. Ogromna siła rażenia, wyobrażam sobie, że kiedy grają swoje numery na żywo dochodzi do zamieszek pod scena, bo nie sądzę by ktoś mógł pozostać obojętny na gitarowo-perkusyjne pociski, wystrzeliwane przez zespół.

Do tego dochodzi brzmienie; na debiucie było bardzo brudne i surowe. Na "Blind..." od razu uderza w słuchacza, jest cięższe i bardziej bezpośrednie. Uzupełnieniem są introspektywne teksty, jak choćby ten do numeru tytułowego "And I've noticed I can't keep my hands from shaking, I've noticed I can't keep my mind from racing/And all I want to find is a better way to put my mind at ease/Instead I scream myself to sleep in hopes that someone will hear me/I want to find some meaning in life/I want to know everything is alright, but these sleepless nights bring my anxious fight/To not tear out my eyes and be blind to what is right". Anthony Traniello wydziera się, jakby chciał wykrzyczeć samego siebie, całą frustrację w nim nagromadzoną. A wokal ma idealny dla tego typu grania.

Osobiste, zaangażowane liryki znakomicie podkreślają zimny, depresyjny klimat płyty. Styczeń to dobry miesiąc na wydanie takiego albumu. Muzyka pasuje jak ulał. I tylko jednego żal. Ta płyta trwa zdecydowanie za krótko. Sprawdźcie ten album i dajcie się porwać. Nie jest łatwo w dzisiejszych czasach znaleźć tak szczere i pełne pasji granie.

Sebastian Urbańczyk