Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Crossing the Line

Crossing the Line - Deadline

Crossing the Line

Wykonawca:

Deadline

Gatunek:

Metalcore

5 /10

Deadline to jeden z nielicznych zespołów pochodzących z Tych(ów), które parają się nowoczesną muzyką. Jedną z formacji umownie im podobnych jest Quiet Things That No One Ever Knows, choć nie ma co ukrywać, ich własna interpretacja deathcore'a, daleko odbiega od tego, co serwują nam chłopaki z Deadline.

Punktem wspólnym dla obu załóg jest popularny teraz metalcore - i tego chciałbym się trzymać.

Nie chcę być złośliwy, ale debiut Deadline o jakże wymownym tytule ''Crossing the Line", to niestety ale bardzo wtórne granie, ratujące się jak tylko może elementami thrash metalu - przez co niebezpiecznie zbliżają się do twórczości Unearth, Shadows Fall czy As I lay Dying (jakby nie było okrętów flagowych metalcore'a). Niby nie jest to jakąś wielką wadą, aczkolwiek braku krzty oryginalności nie popuszczę. Zwłaszcza, gdy kompozycje mają powyżej już nawet nie trzech czy czterech, a pięciu minut, a w porywach (istne szaleństwo) siedmiu i pół. Cieszą solówki, melodie mile łechcą uszy, ale tak rozbudowane formy dla stosunkowo młodych stażem jak i wiekiem muzyków to chyba zbyt głębokie wody.

Nie żeby Deadline nie miało nic do zaoferowania, ale gdyby tak dokonać selekcji riffów, ubrać to wszystko w trochę inne (krótsze) ramy - byłoby znacznie lepiej. Utworów byłoby więcej, może nawet pojawiłby się jakiś hicior? A tak dupa zbita. Szkoda, bo Deadline obok zaprzyjaźnionych kolegów z Dual-Coma ma parcie na to by się wybić - nie wiem jeszcze tylko gdzie, i z jakim skutkiem, ale ''Crossing the Line'' to taka cicha próba wyjścia przed szereg, zrobienia kroku w stronę ''prawdziwego'' muzycznego świata. Z tą jednak różnicą, że Dual-Coma ma bardzo sprawny management, świetnie zharmonizowane (unikalne) wokale (wszystkie trzy w sumie, a śpiewany mistrz), oraz własne studio, w którym wypracowują charakterystyczne brzmienie, mocno zakorzenione w metalcore'owej stylistyce z początku nowego millenium, co pozwala im się... no dobra, wybić. W kwestiach brzmieniowych Deadline poszło podobnym tropem, udając się właśnie do tego samego studia, i trudno jest się oprzeć wrażeniu, że Czubaka w trakcie realizacji tego wydawnictwa dodał od siebie nieco za dużo.

Ale kontynuując. Jest coś, co tyskiej załodze wychodzi dobrze. Konkretna, solidna młócka do przodu, z thrash metalową werwą i angielskimi lirykami. Sugeruję kompletnie porzucić krajowy pierwiastek na rzecz najpopularniejszego języka świata i tego się kurczowo trzymać, bo ten element nie wypada najgorzej. Według mnie warto posiedzieć nieco nad akcentem by, kto wie, wykształcić w sobie pierwiastek, który w przyszłości może stanowić ich unikalne ogniwo. To jednak wymaga sporych nakładów pracy, regularnych ćwiczeń, może nawet i wyrzeczeń. Koniec, końców, jak mniemam, przy kolejnym ''spotkaniu'' z Deadline, będę im słodził tak jakby sobie tego życzyli (śmiech).

Grzegorz ''Chain'' Pindor