Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Hisingen Blues

Hisingen Blues - Graveyard

Hisingen Blues

Wykonawca:

Graveyard

Gatunek:

Rock

10 /10

Najnowszy album Graveyard to bez dwu zdań jedna z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie premier 2011 roku. Oczekiwanie podszyte było jednak pewnym niepokojem, wszak ni stąd ni zowąd Szwedzi podpisali kontrakt z Nuclear Blast.

Szczerze mówiąc, bardziej spodziewałbym się, że władne służby załatają w drodze wszystkie dziury, które chcąc nie chcąc zmuszony jestem codziennie omijać slalomem w drodze do roboty, aniżeli tego, że niemiecki moloch pochyli się nad tego rodzaju zespołem. Jasne, że Graveyard, obok Witchcraft, to absolutna ekstraklasa, nazwijmy to ’retro rocka’, ale to przecież wciąż niszowe granie. Fakt, modniejsze niż jeszcze parę lat temu (choćby wtedy, gdy na rynek trafił debiut kapeli), ale w dalszym ciągu o raczej wątpliwym potencjale komercyjnym. Jak będzie wiodło się Szwedom pod skrzydłami Nuclear Blast, czas pokaże, wydaje się jednak, że póki co wytwórnia wierzy w swych nowych podopiecznych. I, przynajmniej na razie, naprawdę stara się chłopaków promować.

Wróćmy jednak do muzyki, bo to przecież o nią, nie o barwy klubowe chodzi. Zwłaszcza, że (na szczęście) "Hisingen Blues" nie nosi żadnych znamion jakichkolwiek artystycznych kompromisów, wymuszonych przez nowy label. Bez owijania w bawełnę - krążek jest znakomitym, w pełni godnym następcą spektakularnego debiutu. Nie wyobrażam sobie, by mógł nie przypaść do gustu tym, którym spodobał się wcześniejszy "Graveyard". Słucham tej płyty maniakalnie od dłuższego czasu i za cholerę nie mogę przestać. Tak właśnie powinien brzmieć retro rock w najlepszym wydaniu. Wszystko jest tu na swoim miejscu i takie jakim być powinno; a przy okazji bez niemiłych niespodzianek, shitty-hitów do radia i gładkich piosenek.  

Graveyard nie wymyślił niczego nowego, raczej rozwinął wcześniejsze pomysły, ale nadał im przy tym nowej energii i niesamowitego kolorytu. Ciekawostką jest choćby bardzo filmowy, instrumentalny "Longing", któremu westernowego charakteru przydały znakomite partie gitary, a przede wszystkim charakterystyczne, gwizdane partie, niczym w "Za garść dolarów więcej" czy innym soundtracku Morricone. Wciąż zdarzają się też łudzące podobieństwa do twórczości wspomnianego już Witchcraft, ale to tylko fragmenty.

"Hisingen Blues" to materiał kompletny; arcydzieło tej stylistyki, w której zresztą karty rozdają przede wszystkim Szwedzi. Po rewelacyjnym Lonely Kamel z ubiegłego roku, kolejna perła gatunku. Polecam.

Szymon Kubicki