Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Whatever It Takes, Whatever It Wrecks

Whatever It Takes, Whatever It Wrecks - Schizma

Whatever It Takes, Whatever It Wrecks

Wykonawca:

Schizma

Gatunek:

Hardcore

7 /10

Z nową Schizmą jest tak, że albo ten album pokochacie, albo znienawidzicie. Ta często wykorzystywana maksyma, ma tutaj jednak kluczowe znaczenie, bowiem premierowy materiał bydgoskiej formacji, to dzieło będące wyraźnym ukłonem w stronę wszystkiego tego, co teraz określamy mianem faux pas, z racji na analogowe brzmienie, oraz bardzo brudną produkcję.

Zamysł Pestki był jasny, i choć ostateczny kształt ''Whatever it Takes, Whatever it Wrecks'', to manifest przeciwko wszelkim cyfrowym zabiegom, ciężko jest się przez ten album przedrzeć. Z przykrością stwierdzam, że nie jestem w stanie poddać się tym dźwiękom na tyle, na ile bym chciał. Wciąż mam w głowie przeświadczenie o słuszności zarówno brzmienia, jak samych kompozycji zawartych na ''Hardcore Enemies'', albumie, który jest chyba najlepiej brzmiącym krążkiem hc w tym kraju, mocno zmetalizowanym, w dodatku nie bez powodu kojarzącym się ze Sworn Enemy. Z drugiej jednak strony, po wielokrotnym odsłuchu ''Whatever it Takes, Whatever it Wrecks'' dochodzę do wniosku, że innego sposobu realizacji tego krążka po prostu... nie ma. Tyle. Okładkę, która mocno kojarzy się z frontem zdobiącym jedną z płyt AC/DC, zostawiam w spokoju. Art kompletnie mi się nie podoba, ale tak szpetny obrazek wynagradza nam bardzo gruba książeczka, pełna szczerych i odważnych słów.

W znakomitej większości utworów udzielają się nie byle jacy goście bo frontmani Faust Again, Stone Heart, Warfare czy Idol Falls. Z tego zestawu najbardziej do Schizmowego łojenia wpasował się Tacki z mikołowskiego Stone Heart, a Marcin z Faust Again chcąc nie chcąc, dodał tylko całości metalowego kopa. Zarówno Małego z Warfare oraz Filipa z Idol Falls nie znam, podobnie jak muzyki ich macierzystych formacji, aczkolwiek, odnoszę wrażenie, że akurat ta dwójka to jedne z najlepszych typów na ''ficzuring'' na recenzowany album. W jednym z utworów gardło zdziera cała piątka (''Won't Turn the Tide''), co jest bardzo miłym smaczkiem.

Muzycznie zaś, ''Whatever it Takes, Whatever it Wrecks'', to w pewnym sensie novum dla Schizmy. Z reguły brutalne granie zastąpiły mroczniejsze, ciężkie dźwięki, oscylujące wokół średnio-szybkich i średnich temp, bez wybitnych urozmaiceń, jak choćby solidnych gang shouts, które były jednym ze znaków rozpoznawczych Schizmy. Premierowe dźwięki z logo bydgoskiej kapeli z uwagi na ciężar, swoistą posępność czasem budzą skojarzenia z Kickback, innym razem zaś przenoszą nas do Belgii, a nawet Holandii, gdzie jak wszyscy wiemy, kontynentalny hardcore ma się aż za dobrze. Mimo wszystko, to wciąż nasza rodzima Schizma, znana z bezkompromisowości w przekazie, chwytliwych utworów, oraz pasji, której pozazdrościć mogą im młodsze załogi.

Jeżeli bacznie śledzicie rodzimą scenę ''Whatever it Takes, Whatever it Wrecks'' jest już na waszych półkach, a być może regularnie kręci sę w waszych odtwarzaczach. Opcja druga wydaje się być najlepszą, ponieważ w momencie gdy ten album ''zaskoczy'', nie da się już od niego uwolnić. Nieco ponad trzy paczki fajek za nowy album Schizmy to grosze, tak też ''Whatever it Takes, Whatever it Wrecks'' szybko powinno stać się jednym z bestsellerów Spook Records. Innej opcji nie widzę.

Grzegorz ''Chain'' Pindor