Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Escape Velocity

Escape Velocity - Zombi

Escape Velocity

Wykonawca:

Zombi

Gatunek:

Electronic

7 /10

Pochodzący z Pittsburgha duet Zombi od kilku lat tworzy muzykę z jednej strony zakorzenioną w tradycji psychodelicznej (acid rock, krautrock), z drugiej - mocno inspirowaną soundtrackami sprzed trzech dekad. Jeśli ktoś liczy na eksperymenty czy odważne krzyżówki z innymi, krańcowo odmiennymi stylistykami - może od razu darować sobie kontakt z twórczością tych dwóch panów.

W tym segmencie muzycznej sceny nie chodzi o przekraczanie i progresję, ale właśnie o powrót do starych brzmień i puszczanie oka do fanów zarówno Can i Neu!, jak Giorgio Morodera czy The Goblin. Dokładnie, jak w starym sloganie "przez fanów dla fanów".

Na poprzednich płytach Zombi starali się brzmieć "progresywnie", bombastycznie i artrockowo - efektem były co najmniej kilkunastominutowe, w zamierzeniu filmowo - transowe kompozycje, którym skrócenie o połowę naprawdę dobrze by zrobiło. I choć ostatni tak brzmiący krążek duetu, "Spirit Animal", został ciepło przyjęty przez krytykę, to panowie najwyraźniej zrozumieli, że ciągnące się w nieskończoność utwory to ślepa uliczka. Nowa płyta jest krótsza, kompozycje oscylują w okolicach 7 minut, a rockowe elementy zredukowano do minimum. Muzyka Zombi tylko na tym zyskała. Syntetyczne brzmienie "Escape Velocity" nie irytuje, a słuchanie tego albumu wciąga i faktycznie sprawia przyjemność. Oczywiście tylko wtedy, gdy kochamy soundtracki Johna Carpentera, The Goblin czy Tangerine Dream (też mieli epizody filmowe).

Podstawowym bowiem warunkiem akceptacji i czerpania przyjemności z muzyki Zombi jest umiłowanie tego rodzaju estetyki. Jeśli zatem lubicie "muzykę inspirowaną horrorami", ciągle wracacie do filmowych brzmień lat '70 i '80, a analogowe syntezatory i elektroniczny bas nadal są kluczem do Waszego serca, to najnowszy album omawianego duetu jest właśnie dla Was. Epicki, artrockowy rozmach został zastąpiony  przez innego rodzaju transowość, która zadecydowała też o ogólnej "lekkości" materiału. W efekcie, całości bliżej jest do "el-muzyki" (do tej pory promowanej w nocnych audycjach Polskiego Radia) niż wspomnianych klasycznych The Goblin ("Suspiria", "Profondo Rosso"), którzy jednak nie do końca rezygnowali z rockowego brzmienia.

Panowie tworzący duet Zombi mówili w wywiadach, że omawiana płyta powstała niejako spontanicznie, że niewiele pamiętają z procesu jej nagrywania. Jest to wysoce prawdopodobne. Analogicznie, słuchacz raczej nie zapamięta jakichś melodii czy motywów muzycznych, ale pozostanie z wrażeniem deja vu. "Escape Velocity" to perfekcyjna realizacja założeń estetyki retro. Słyszeliście to wszystko już wcześniej, ale chętnie posłuchacie raz jeszcze - zdają się mówić muzycy. Trudno oceniać takie podejście, z jednej strony bowiem jest ono uczciwe, z drugiej - to jednak tylko perfekcyjna kopia. Jeśli ktoś, tak jak ja, wychował się na takiej muzyce i takim brzmieniu - zapewne będzie zachwycony. Cała reszta może fenomenu Zombie (a zwłaszcza tej specyficznej płyty) kompletnie nie zrozumieć.    

Krzysztof Kołacki