Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Wrath Upon the Earth

Wrath Upon the Earth - Svartsyn

Wrath Upon the Earth

Wykonawca:

Svartsyn

Gatunek:

Black metal

7 /10

Szwedzki Svartsyn to kolejny nowy nabytek Agonia Records. Choć okładka "Wrath Upon the Earth", ukazująca Indianina na tle azteckiej, czy inkaskiej piramidy, może zwieść na manowce niezaznajomionych z wcześniejszą twórczością zespołu, słuchacz powinien przygotować się na klasyczne, skandynawskie, blackmetalowe dźwięki.

Muzę zawartą na szóstym studyjnym materiale Svartsyn najprościej opisać jako mieszankę szybkiego i gwałtownego blacku w szwedzkim stylu, z wyraźnie słyszalną melodyką, charakterystyczną dla ich norweskich sąsiadów. Jeśli chodzi o ten drugi element, na myśl od razu przychodzi przede wszystkim mroźna ekipa Abbatha. Skojarzenia te biorą się przede wszystkim z bardzo immortalowo-brzmiącej gitary, ale i z ogólnej 'zimnej' atmosfery całości.

"Wrath Upon the Earth" to dość klimatyczny materiał (nie tylko dzięki świetnemu intro), choć by w pełni to odkryć, trzeba zapoznać się z nim kilkukrotnie. Po pierwszym (czy nawet kilku pierwszych) odsłuchach, zwłaszcza mniej wprawiony w podobnych dźwiękach odbiorca może poczuć się nieco przytłoczony. Na pierwszy plan wybija się typowa, strzelająca niczym karabin maszynowy perkusja oraz bardzo szybkie, monotonne riffy. Dopiero po pewnym czasie okazuje się, że to tylko złudzenie, jest tu bowiem całkiem sporo średnich temp, a uwagę zwraca melodyjna praca gitary, podpatrzona u wspomnianego wyżej Immortal. Nie można również nie dostrzec kilku ciekawych patentów perkusyjnych, jak choćby tego w końcówce najlepszego na albumie "Wrath of Leviathan", czy też quasi-rytualne bębny w "Deathsworned". Zresztą, instrument ten okazuje się być jedną z lepszych stron tego materiału, niejednokrotnie oddalając się od sztampowego blackmetalowego aranżu. Dzięki opisanym zabiegom początkowe wrażenie monotonii nie jest już tak wyraźne. Trzeba jednak przyznać, że mimo iż "Wrath Upon the Earth" zamyka się w niespełna 40 minutach, pewna powtarzalność rozwiązań kompozycyjnych niektórym może dać się we znaki (przede wszystkim, powtórzę to ponownie, słuchaczom mniej obeznanym z blackmetalową koncepcją).

Podsumowując, materiałem tym Svartsyn potwierdza swoją klasę, choć zakładam, że opinie co do tego, czy zespół zdołał pobić wydany przed czterema laty "Timeless Reign", będą podzielone.

Szymon Kubicki