Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Burn in Beautiful Fire

Burn in Beautiful Fire - Insense

Burn in Beautiful Fire

Wykonawca:

Insense

Gatunek:

Metal

8 /10

W notce prasowej dołączonej do nowego dzieła Norwegów z Insense podano, że menadżerem grupy został sam Anders Friden, a zespół rozpoczął współpracę z Avocado Booking. Można by rzec, iż jest to spełnienie marzeń dla (nie)młodych już muzyków i szansa na to, by zaistnieć w świadomości kontynentalnych metalheads - a biorąc pod uwagę rozrzut stylistyczny jakim charakteryzuje się ''Burn In Beautiful Fire'', fani metalcore również nie będą zawiedzeni.

Nie wiem jak jednoznacznie sklasyfikować Insense, ponieważ mamy tutaj do czynienia zarówno z djentowym graniem spod znaku Meshuggah, bardziej nu-metalowym uderzeniem z czystymi wokalami włącznie, jak i solidną młócką na skandynawską death metalową modłę. Jest taki termin ''modern metal'' i wydaje mi się, że idealnie pasuje on do twórczości Norwegów. Insense gra piekielnie ciężko (minimum siedmiostrunowe wiosła), osadzając swe utwory na bardzo masywnym, tłustym wręcz groove, bez silenia się na nie wiadomo jaką odkrywczość. W pewnym sensie, ''Burn in Beautiful Fire'' to kompletnie nic nowego, albo nic czego nie nagraliby panowie z Hacride, Textures, a nawet Deftones.

Lwia część albumu utrzymana jest w średnich tempach, a szybkie partie są raczej ozdobnikiem. Wyjątkiem jest tutaj bardzo skoczny, ale i jednocześnie połamany (rwane riffy) utwór tytułowy. W ogóle, przy całej tej brutalności, masywności brzmienia, panowie grają bardzo ładną muzykę, pełną przestrzeni, łagodnych - melodyjnych partii, budujących mroczny klimat do którego chce się wracać. Bohaterami ''Burn in Beautiful Fire'' są bez dwóch zdań perkusista - Truls Haugen, grający z manierą młodszego z braci Duplantier (Gojira) oraz obsługujący sześć strun i pełniący obowiązki frontmana - Tommy Hjelm. I przyznam się, że gdyby nie to, że wiem, iż Tommy jest rodowitym mieszkańcem kraju Wikingów, myślałbym, że do mikrofonu drze się Amerykanin.

Zatem podsumowując: Insense to świetna marka, która powoli powinna zdobywać coraz liczniejsze rynki. Własny - norweski, niekoniecznie, ale biorąc pod uwagę popyt w Stanach na połamane ''kocie'' rytmy oraz nietuzinkowe pomysły odziane w brzmienie siedmio i ośmiostrunowych gitar, zarówno Anders Friden jako menadżer, jak i Avocado Booking jako tour management, będą co najmniej zadowoleni z sukcesu Insense. Dziwi jedynie to, że to czwarty album w dorobku zespołu, a dopiero teraz mają szanse zaistnieć na ogólnoświatowym rynku. Jak widać warto było czekać, bo drzwi do międzynarodowej kariery stoją przed nimi otworem.  

Grzegorz ''Chain'' Pindor