Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Broken Heart Syndrome

Broken Heart Syndrome - Voodoo Circle

Broken Heart Syndrome

Wykonawca:

Voodoo Circle

Gatunek:

Hard rock

8 /10

Hybryd i wynalazków wszelkiej maści i rodzaju mamy w muzyce w bród. Akurat ten rynek jest chłonny niczym gąbka i, przynajmniej teoretycznie, powinno się znaleźć w nim miejsce na każdą nowinkę. Tylko czy w dążeniu do innowacji, wyjątkowości i podboju nowych muzycznych gatunków nie gubi się gdzieś klasyczne granie? Czy czasem nie lepiej wypuścić po prostu dobry album bez ślepego podążania w stronę udziwnień?

Gatunków i podgatunków muzycznych jest tyle, że chyba nikt przy w miarę zdrowych zmysłach nie jest w stanie ich wymienić jednym ciągiem. Oldschoolowe granie zaginęło gdzieś wraz z pamięcią o kolejnym liftingu Cher. I wydawać by się mogło, że teraz warto tworzyć albumy mniej lub bardziej innowacyjne, inne, czy też posiadające własną, osobną szufladkę. Bo to się po prostu sprzedaje. I poniekąd właśnie dlatego zespołów jednej płyty mamy jak mrówków.

Na przekór wymienionym wyżej faktom Voodoo Circle wydało album pachnący trwałą, futrem na klacie, butami w panterkę i wszystkim tym, co było modne lat temu przynajmniej 30. Mało tu elektronicznych wynalazków, spece od naciskania w studiu guziczków też specjalnie nie byli przeciążeni robotą. W przeciwieństwie do muzyków, co w dzisiejszych czasach raczej nie jest rzeczą nagminną.

Gitary. One są niekwestionowanymi gwiazdami "Broken Heart Syndrome". Są dźwięczne, dynamiczne, pokazują się we wręcz przerażającej ilości solówek, co (o dziwo!) nie powoduje nadmiaru szczęścia. Umiaru tu nie zachowano, ale też nie było takiej potrzeby. W moim odczuciu stare, klasyczne granie opierało się właśnie na gitarach. I jeśli tylko muzyk potrafił cokolwiek ze swoim wiosłem zrobić, to była szansa na coś ciekawego. A na tej płycie jest bardzo ciekawie. Owszem, można zauważyć tu inspiracje innymi artystami, stylami czy dekadami (a jak wiadomo, każda miała mniej więcej swój muzyczny look), ale cienka granica pomiędzy inspiracją a brakiem kreatywności i zmałpowaniem pomysłów nie została przekroczona.

Wokalista czerpie za to wszystko co najlepsze z bluesa i heavy. Co prawda, musi się nieco przepychać łokciami przed gitary, ale jego barwa, emocje, które przekazuje świetnie współgrają z muzyką. Frontman pracuje głosem, nie można mu zarzucić jednostajności, czy marazmu i nudy.

Dołączając do tego zestawu całkiem ładną, chociaż nie rzucającą się specjalnie w uszy perkusję i delikatne brzdąkanie na keyboardzie mamy zestaw, na który trzeba zwrócić uwagę. To wszystko działa w zgrabnej, niczym nogi basisty KISS obleczone w lateks, symbiozie i wiele zespołów powinno zzielenieć z zazdrości. Bo nie wszystkim z nawet najdoskonalszych składników wychodzi cokolwiek jadalnego. A Voodoo Circle zdają się to wszystko mieć za jednym machnięciem wiosła, pałeczki, klawisza, czy mikrofonu (zakreśl właściwe).

Nie ma co doszukiwać się jakiejś wzniosłej innowacji, czy wybijania się ponad szereg. Ale jeśli ktoś uważa, że muzyka, którą obecnie prezentują zespoły, zespoliki, czy inne Mam Talenty powoduje ból zębów, to powinien sięgnąć właśnie po ten krążek. Dla młodszych słuchaczy będzie to świetna lekcja światopoglądowa na temat tego, jak się kiedyś grało (no, może w nieco nowszej odsłonie), w przypadku starszych może nie obejść się bez melisy. Oczywiście, w celu zapobiegnięcia krokodylim łzom i zdenerwowaniu. Ostatecznie, takiej muzyki jak kiedyś już się raczej nie tworzy. A szkoda. Wielu osobom wyszłoby to na zdrowie i wpłynęło na gust. Ale o tym ostatnim podobno się nie dyskutuje.

Julia Kata