Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Time For Annihilation

Time For Annihilation - Papa Roach

Time For Annihilation

Wykonawca:

Papa Roach

Gatunek:

Rock

4 /10

Jako konsument jestem mocno wyczulony na próby wszelkiego rodzaju oszustwa, wciskania mi, rzeknę kolokwialnie, kitu. Muzyka, chcąc nie chcąc, to też produkt, obecnie w dobie iTunes'ów i panicznego obliczania zysków ze sprzedaży wszelakich nośników bardziej niż kiedykolwiek.

Dlatego jako odbiorca, "konsument" (jakkolwiek brzydko to brzmi, taka prawda) muzyki stawiam produktowi wymagania. Toteż słuchając pół-produktu, niejako "hybrydy", czyli nowego wypieku Papa Roach "Time for Annihilation" powiem nie za ładnie, że krew mnie zalewa.

Bo i czymże jest "Time for Annihialtion" (poza tym, iż jest to debiut amerykanów pod skrzydłami nowej wytwórni) jak nie kuglarską sztuczką, próbą wyłowienia ostatnich groszy z kieszeni spragnionych muzyki Papa Roach fanów. Album ten "obfituje" aż w pięć nowych kawałków Karaluchów i dziewięć numerów koncertowych. Czyli na pełną płytę z nowym materiałem stuff'u trochę mało. Na live-album też troszkę nie styka. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że z pięciu nowych utworów aż cztery urywają łby maniakom rocka spod znaku środkowego Papa Roach.

Wszystko zaczyna się od "Burn", czyli od gitarowego wygaru pełnego fajnych zagrywek na wiośle, klimatu, żywego ale i trochę garażowego brzmienia i TYCH melodii tworzących refren, który aż wwierca się w umysł słuchacza. "Burn" to niejako próba połączenia obu stylów, które na przestrzeni lat Roache ukazali swym fanom. Konstrukcja, budowa i aranż to czysto "Infestowa" szkoła, harmonie wokalne - to już oczko puszczone maniakom "...To Be Loved". "One Track Mind" kontynuuje pochód zapoczątkowany przez opener albumu. Jest dynamicznie, żwawo z szybkim ciągiem na bramkę. Punktem głównym wycieczki i daniem dnia jest jednakowoż "Kick in the Teeth", zupełne novum w twórczości Amerykanów. Odważna zabawa z samplami, frapujący refren i solówka w stylu klasycznych popisów na gryfie wymiataczy z lat '80 to istna mieszanka wybuchowa! Utwór ten to autentyczny kop w zęby, dający mnóstwo energii słuchaczowi. Chwilę oddechu mamy przy "No Matter What", który jest kawałkiem tak ckliwym, bez polotu i z tak dennym tekstem, że łaskawie go przemilczę. Ostatnią nowością na "Time for Annihilation" jest "The Enemy", naprawdę zacny kawał rocka. Rwany, drapieżny chorus w połączeniu z klimatem rodem z "Getting Away With Murder", mniam.

I tu pozytywy się kończą. Bo na co zespół i wytwórnia pchały na ten krążek znane do wyrzygania utwory w wersji live? Tworząc z "Time for Annihilation" kpinę z albumów koncertowych. Czemu zespół nie nagrał większej ilości kawałków i nie wydał regularnego wydawnictwa? Tym bardziej, że nowe utwory trzymają poziom znany z czasów świetności kapeli. Czemu nie wydali pełnego setu na srebrnym krążku, który ukazałby pełną moc zniszczenia Roachów jaką generują na scenie? Nie wiem. Wiem natomiast moi drodzy, że byłem na dwóch koncertach Papa Roach i WIEM, że potrafią zrobić o wiele większy kocioł niż ten zarejestrowany na "Time for Annihilation". Trzeba było nagrać na potrzeby live-albumu występ z Woodstocka z 2010 roku, oj tam to się działo... A tak mamy dziewięć utworów, które nic nie wnoszą do nowego wydawnictwa Papa Roach. I jeszcze ta mało żywiołowa publika... No chyba, że tylko nasi rodacy tak reagują na Amerykanów jak reagują.

No i oceń tutaj takie wydawnictwo. Skok na kasę w przypadku "Time for Annihilation" jest ewidentny. Jako EPka mielibyśmy do czynienia z czymś więcej niż zacnym. Za te zbędne kawałki w marnej wersji live nota idzie mocno w dół. Aczkolwiek cieszy fakt, że Papa Roach muzycznie wraca do klimatów z "Getting Away With Murder". Oby ta tendencja utrzymała się do, już bez bajerowania, nowego longplaya. Czwórka za cztery porządne rockowe numery.

Grzegorz Żurek