Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Roadside Attractions

Roadside Attractions - Marcia Ball

Roadside Attractions

Wykonawca:

Marcia Ball

Gatunek:

Blues

9 /10

Wielu słuchaczy jest zdania, że blues to nieciekawa muzyka. Smętna, dołująca, pełna smutku i melancholii. Szerokim łukiem omijają w związku z tym wszystko, co z tą muzyką jest kojarzone. Kiedy tylko hasło 'blues' pojawia się w kontekście jakiegoś wykonawcy, nie interesują się tym, co ma on do zaproponowania - już sama etykieta odrzuca.

A blues to przecież pojęcie niezwykle pojemne, w którym mieści się naprawdę wiele, i to diametralnie różnych, gatunków i rodzajów muzycznych. Używając wyświechtanego określenia - każdy może znaleźć tam coś ciekawego dla siebie.

Marcia Ball należy z pewnością do tych artystów, których twórczość może stanowić przykład takiej bluesowej uniwersalności i otwartości. Na muzycznej scenie aktywna jest już blisko czterdzieści lat. Przez cały ten czas zdobyła wiele nagród i zaszczytów, w tym m.in. Blues Music Awards czy Living Blues Awards.

Wydana właśnie nakładem Alligator Records jej najnowsza płyta "Roadside Attractions" to piętnasty krążek w bogatej dyskografii. Autorką lub współautorką wszystkich kompozycji jest Marcia Ball; sytuacja taka zdarza się po raz pierwszy w jej karierze. Płyta nagrywana była w Nashville i Austin. W każdym z tych miejsc w proces rejestracji angażowani byli różni muzycy, dzięki czemu mamy możliwość usłyszeć na albumie wielu wspaniałych instrumentalistów. Wypada wspomnieć choćby grającego na organach Hammonda Reese'a Wynans'a, znanego między innymi ze współpracy ze Stevie Ray Voughanem; poza tym mamy tu wspaniałych gitarzystów: Colin'a Linden'a i Mike'a Schermer'a. Pomimo zaangażowania tak wielu wielkich nazwisk nie ma przesady w eksponowaniu ich umiejętności - solówek jest niezwykle mało, a jeżeli już się zdarzają, są bardzo krótkie, a zarazem treściwe.

Płyta to po prostu dwanaście piosenek o bluesowym zabarwieniu. Poszczególne utwory nagrywane były w różnych konfiguracjach osobowych, od kwartetu do rozbudowanej o sekcję dętą i wspomagający wokal nonet (to jest grupę dziewięciu muzyków). W warstwie tekstowej niezwykła ilość wątków autobiograficznych, dotyczących rodziny, miłości i kariery muzycznej. Jak wspomina sama Marcia Ball, to najbardziej autobiograficzna płyta w całej jej karierze.

Materiał otwiera niezwykle ognisty "That’s How It Goes" gdzie Hammond (Reese Wynans) i fortepian (Marcia Ball oczywiście) plus gitara slide (Colin Linden) robią fantastyczną robotę. Kosmiczne otwarcie w nowoorleańskim klimacie. Równie ciekawie prezentuje się utwór tytułowy "Roadside Attractions", z krótkim popisem Colina Lindena na gitarze. Jako przykład niezwykłej uniwersalności twórczości Marcii Ball warto przywołać świetną balladę "Between Here And Kingdom Come" z rozbrajającą mandoliną pobrzmiewającą w tle. To utwór, który spokojnie mógłby pojawić się jako powerplay nawet w komercyjnej rozgłośni radiowej. Trzeba by tylko nieco odwagi kogoś odpowiedzialnego za repertuar. Podobnie "I Heard It All", "Believing In Love" i wiele, wiele innych kawałków z tej płyty. "This Used To Be Paradise" to kolejna autobiograficzna ballada, tym razem ozdobiona dyskretnymi dźwiękami akordeonu. Marcia Ball i jej muzycy nawet w dość trywialne boogie potrafią włożyć niezwykły ładunek oryginalności i witalności ("Sugar Boogie" ze świetną gitarą Mike Schermera). Artystka dowodzi także, że potrafi zagrać i klasycznego, wolnego bluesiora: "Mule Headed Man", wykonany w minimalnym składzie (kwartet) z urokliwą partią fortepianu i wyjątkowo długą, jak na tę płytę, solówką gitarzysty Mike Schermera. Utwór ten jest z całą pewnością ukłonem w stronę najbardziej bluesowo-ortodoksyjnej części słuchaczy.

Rzecz niezwykła, pełna prawdziwego kołyszącego grania. Bardzo urozmaicona, bowiem zawiera dźwięki od klasycznego wolnego bluesa, po skoczne boogie, wraz z całą gamą innych muzycznych klimatów. Marcia Ball udowadnia, że można stworzyć płytę z etykietą "blues", która dzięki swej uniwersalności ma szansę zostać zauważona i doceniona również przez  nie-bluesową publiczność.

Robert Trusiak