Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Wars of the Roses

Wars of the Roses - Ulver

Wars of the Roses

Wykonawca:

Ulver

8 /10

Ulver nigdy nie nagrywa takich samych albumów. Potwierdzi to każdy fan grupy jak i sami muzycy. I jedynie pod tym względem "Wars of the Roses" nie jest zaskoczeniem…

Na żadną inną płytę Ulver fani nie czekali zapewne z takim zainteresowaniem, jak na "Wars of the Roses". Przyczyny są co najmniej dwie. Otóż, zespół nigdy w swojej karierze nie miał jeszcze tak długiej przerwy wydawniczej pomiędzy poszczególnymi albumami - okresu między "Shadow of the Sun" oraz "Wars…" nie wypełniła nawet EP-ka, w wydawaniu których muzycy swego czasu wydawali się wręcz lubować. W czasie wspomnianej luki, kapela zarejestrowała jedynie parę remiksów i coverów, m.in. "Thieves in the Temple" Prince’a czy "Another Brick in the Wall" Pink Floyd, których nikt po nich nie zdoła już chyba nagrać w posępniejszej wersji. Ponadto, Garm i spółka w 2009 r. zdecydowali się zagrać pierwszy od kilkunastu lat koncert, a następnie wyruszyć w trasę po Europie. "Wars of the Roses" poprzedzić miało jeszcze wydawnictwo z coverami. Ostatecznie jednak album z autorskim materiałem ukazał się pierwszy, i prawdopodobnie wywoła wśród fanów niemało emocji.

Album rozpoczyna, znane już przed premierą płyty, "February MMX". W kontekście całokształtu płyty utwór brzmi dosyć zwodniczo. Zapewne z tego powodu, z charakterystycznym poczuciem humoru, zespół zdecydował się opublikować go jako pierwszy. To dynamiczny, psychodeliczny, momentami wręcz rockowy numer, daleki od delikatności "Shadow of the Sun" czy eksperymentatorskiego zacięcia, znanego choćby z "Perdition City". Słychać tu, że powrót do życia koncertowego, zgodnie z tym, co przyznawał w wywiadach Garm, ma na twórczość kapeli niebagatelny wpływ. Uznać "Wars…" za płytę stworzoną z myślą o graniu koncertów byłoby jednak zbytnim  uproszczeniem. Nowe kompozycje - poza "otwieraczem" - są bardziej rozbudowane i zróżnicowane, a całość mniej spójna niż materiały z poprzednich płyt. Taki choćby "Providence" można by było rozczłonkować na co najmniej dwie kompozycje - poruszającą balladę i mroczne, ambientowe monstrum z subtelnym muśnięciem free-jazzu. W podobny sposób zbudowane zostały jeszcze "England" i "September IV". Uwagę zwraca zwłaszcza ten drugi utwór, przetaczający się od melancholii po, powstałe chyba w trakcie improwizacji, instrumentalne szaleństwo. "Island" jest w znacznej mierze oczkiem puszczonym wszystkim, którzy za opus magnum Ulver uważają "Perdition City". Końcówka to najbardziej eksperymentalny fragment na tym całym, mocno eklektycznym albumie. Tylko bardziej stonowane, ale także podszyte niepokojem, "Norwegian Gothic" jest bardziej monolityczne. Jako pozorny przykład fascynacji Garma muzyką symfoniczną, także jednak zaskakuje zastosowanymi elementami elektroniki. Całość wieńczy, ponownie utrzymany w trochę innej konwencji, w większej części kojąco monotonne, żałobne "Stone Angels" z recytacją wiersza Keitha Waldropa przez Daniela O'Sullivana.

Ulver po raz kolejny popełnił album inny niż poprzednie. Świadczy to o ogromnej kreatywności, wyobraźni muzycznej i szerokich inspiracjach muzyków. Warte pochwały jest to, że band, który prawdopodobnie osiągnął już szczyt kariery, nie odcina kuponów od zdobytej popularności i nadal stara się w pewnym sensie definiować siebie na nowo.

Jacek Walewski

 

Zdaniem Grzegorza Żurka:


Fani Ulver mieli prawo odczuwać lekkie drżenie serca przed premierą ich najnowszej płyty. Przejście z własnej niezależnej wytwórni do "labela", transformacja Norwegów w regularnie koncertujący zespół. To było niejakie novum w "alternatywnej" części ich kariery. Ale co marka to marka. Nawet mimo iż "War of the Roses" to wydawnictwo trochę bardziej przystępne niż ich poprzednie wypieki, dalej czaruje i mami niebagatelnymi rozwiązaniami.

Ulver przed wydaniem "War of the Roses" zapowiadali album bardziej popowy i mniej pogmatwany niż poprzednie krążki. "February XXV" niejako spełnia te zapowiedzi. Kawałek ten oparty na regularnym basie i ambientowych wstawkach krążących w tle kompozycji to rzecz łatwiejsza do odcyfrowania niż np. pierwszy lepszy numer z "Blood Inside". Ale mimo tego stanu rzeczy to ciągle rzecz mocno neo-Ulverowa, zbaczająca w niezbadane rejony i mroczne klimaty, z refrenem ujawniającym miłość Norwegów do klimatów post-apokaliptycznych wizji świata. Uważny słuchacz wyłapie wiele, wiele mnogich udziwnień pochowanych po kątach tego utworu. Także ciekawie jest już na samym starcie, a to dopiero początek wycieczki.

"Norwegian Gothic" to kawałek w duchu poprzedniczki "War of the Roses", "Shadows of the Sun", czyli klimatycznie dostajemy muzyczną przejażdżkę po świecie, w którym nastała zima po wojnie nuklearnej. "Providence" to już rzecz bardziej barokowa, z kobiecymi wokalami, ciekawym instrumentarium i pięknym ambientowym tłem. Utwór ten przeradza się z czasem w bardziej niejednoznaczną kompozycję, pełną szumów i brzęczeń. Słowem, trochę drone'u. A jak o dronie mowa, to warto zauważyć, iż tytani tego stylu Sun O))) ostatnio trochę inspirowali się jazzem i improwizacją. Echo tych samych inspiracji mamy w "September IV", który w niejednym momencie zaskoczy słuchacza. I tak to wygląda już mniej więcej do końca albumu, którego zwieńczeniem jest monumentalny kolos "Stone Angels", trwający 15 minut. Uzupełnieniem całości jest przepiękne wydanie płyty. Z ciekawą obwolutą, dwoma okładkami, w super jewel casie, który ubóstwiam i dodatkowym kartoniku. Jak esktraklasa muzyczna to i ekstraklasa estetyczna, szacun.

Czas na jakieś końcowe rozważania. Z jednej strony Ulver spełnił obietnicę i nagrał album trochę bardziej przystępny, aczkolwiek ciągle skomplikowany i niejednoznaczny. Przeciwnicy zespołu jak zwykle podniosą szum, że mamy do czynienia z muzyką przeintelektualizowaną i nudną. Fakt, brak tu trochę zaskoczeń na miarę końcówki "Lost in Moments" z "Perdition City". Fani łykną "War of the Roses" w ciemno i zachwycać się będą wielowymiarowością muzyki Ulver. A "niedzielny słuchacz"? Zapewne zawiesi ucho w nie tylko jednym momencie tego albumu. I to chyba największy przymiot nowego wydawnictwa kapeli. Zachowując swojego ducha, puścili oczko nawet w stronę popu, więc mogą poszerzyć grono odbiorców. Ale bez obaw, to wciąż ten sam Ulver, który ciężko jednoznacznie ocenić. I ja mam problem z oceną... Za wprowadzenie w stan kontemplacji nad kondycją dzisiejszego świata mocna ósemka. (8/10)

Grzegorz Żurek