Kup Magazyn Gitarzysta

Omnivium - Obscura

Omnivium

Wykonawca:

Obscura

7 /10

Obscura to bez wątpienia jedno z objawień technicznego death metalu. Wystarczyły dwie płyty, by zespół stał się znaczącą marką w tej stylistyce. W gruncie rzeczy chyba nie mogło być inaczej, bowiem kosmiczne wręcz umiejętności muzyków niejako naturalnie predestynują ich do takiego, a nie innego grania.

Biegłość w obsłudze instrumentów nie jest elementem wystarczającym do tworzenia wartościowych dźwięków. Na szczęście, dwoma wcześniejszymi, bardzo udanymi zresztą krążkami Niemcy udowodnili, że potrafią przekuć swój warsztat w świetną muzykę. Wydany dwa lata temu "Cosmogenesis" miał jednak pewną cechę, która nie przez wszystkich została przyjęta z wyrozumiałością - nadmierne zapatrzenie w twórczość Cynic i Death. Inspiracje były tak wyraźne, że ocierały się wręcz o kalkę. Prawdopodobnie sami muzycy także zdawali sobie z tego sprawę albo też dotarły do nich takie spostrzeżenia; najnowszy album "Omnivium" to wyraźna próba zerwania z tą łatą.  

Nie mam wątpliwości, że recenzowanym krążkiem Obscura chciała zamknąć usta krytykom; pokazać, że jest czymś więcej niż tylko nieprawdopodobnie sprawnym, ale jednak naśladowcą. Zespół wytoczył najcięższe działa, na każdym kroku słychać, jak wiele wysiłku włożonego zostało w ostateczny rezultat. Każdy detal i szczegół jest wyszlifowany, ograny na wszelkie możliwe sposoby. Niemcy postanowili nie bawić się w półśrodki i odsłonili cały komplet atutów, zagrali równocześnie wszystkimi kartami, z jokerami włącznie. W recenzji "Cosmogenesis" porównałem ten materiał do sylwestra,  ciągle bowiem słychać w nim było gitarowe fajerwerki. Jeśli jednak tamta płyta była sylwestrem, "Omnivium" to już eksplozja w fabryce sztucznych ogni. Kapela bez dwu zdań pragnęła udowodnić coś słuchaczom, może nawet przede wszystkim sobie, i pod tym względem zamysł udał się w stu procentach.

Największy paradoks całej sytuacji polega na tym, że wszystko to odbiło się na muzycznej stronie albumu. Niemcy zapomnieli o tym, że zespoły, na których tak się wcześniej wzorowali, nigdy nie przedkładały techniki nad słuchalność. Ich zasadniczym celem zawsze było stworzyć taki utwór, który wpadnie w ucho, do którego będzie się chciało powracać. Takie podejście udało się przemycić chłopakom na poprzednim materiale. Może nie do końca oryginalnym, ale bardzo ujmującym, szczerym, po prostu muzycznym.

"Omnivium" gubi gdzieś tę wartość, przede wszystkim jest dość trudny do ogarnięcia. Nie tyle zbyt skomplikowany, co po prostu przeładowany. Efekt ten wzmacnia jeszcze blisko 55-minutowy czas trwania. Nieustanne perkusyjne przejścia, basowe galopady, gitarowe wygibasy oraz bardziej zróżnicowane wokale (kilka partii czystego śpiewu) po prostu przytłaczają. Całość przypomina skecz z grubasem w "Sensie życia" wg Monty Pythona. Wystarczyłby jeszcze tylko miętowy opłatek, a wszystko rozpadłoby się z hukiem. Słuchacz uświadamia to sobie, gdy dociera do szóstego, najlepszego na płycie "Celestial Spheres". To zwarty kawałek, ze świetnym melodyjnym i chwytliwym motywem, spinającym jak klamra instrumentalne rozpasanie jego środkowej partii. Właśnie w tym momencie słychać, jak mógłby brzmieć cały "Omnivium".

Doceniam kunszt muzyków i ogrom pracy włożony w komponowanie utworów, jednak mimo wielokrotnych prób nie mogę przebić się przez "Omnivium". Krążek niezmiennie rozpada mi się na świetne momenty, którym brak spoiwa łączącego je w jeden organizm. Zwyczajnie, zabrakło duszy.

Szymon Kubicki