Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Nomy Rosenberg Trio

Nomy Rosenberg Trio - Nomy Rosenberg Trio

Nomy Rosenberg Trio

Wykonawca:

Nomy Rosenberg Trio

Gatunek:

Jazz

8 /10

Ostatnio mam urodzaj płyt z muzyką Django Reinhardta. Nie tak dawno temu wałkowałem Django’s Castle with Bruce Adams, tym razem przyszło mi się zmierzyć z Nomy Rosenberg Trio. Gdyby ktoś jednak spotykał się na tę okoliczność po raz pierwszy z postacią Django Reinhardta, warto znać kilka podstawowych faktów z nim związanych.

Reinhardt to Belg romskiego pochodzenia, uznawany za jednego z pionierów gitarowej improwizacji jazzowej. Mimo niemal całkowitego paraliżu dwóch palców lewej dłoni, z powodzeniem wykonywał zagrywki gitarowe, które nawet dzisiaj wydają się dla wielu sprawnych gitarzystów karkołomne. Niektórzy traktują to jako wyzwanie, a granie muzyki mistrza zaliczają do pasji życiowych. Jednym z takich pasjonatów jest Nomy Rosenberg.

Nomy, a w zasadzie Bartholomeus Rosenberg, urodził się 22 maja 1984 roku w Holandii. Od małego wykazywał duże zdolności muzyczne, podobnie jak pozostali członkowie jego rodziny. Nic dziwnego, wszak rodzina Rosenbergów jest spokrewniona z Django Reinhardtem. Nomy nie posiłkował się tylko faktem bycia praprawnukiem kuzyna wielkiego mistrza, ale i włożył sporo pracy w odziedziczony talent. Efektem tego były występy obok Erica Claptona, Stevie Wondera i Georga Bensona, a w końcu powstanie autorskiego projektu Nomy Rosenberg Trio. Dwa lata temu ukazał się debiutancki album formacji.

Nie będzie chyba dla nikogo zaskoczeniem, jeśli napiszę, że płyta utrzymana jest w całości w klimacie gypsy jazz, czyli stylistyce spopularyzowanej przez Django Reinhardta. Nie przewraca się on zapewne  w grobie, gdy jego daleki krewny popisuje się karkołomnymi zagrywkami, opatentowanymi niegdyś przez niedoścignionego mistrza. Trzeba przyznać, że pod względem technicznym Nomy Rosenberg wywiązał się z zadania znakomicie, podobnie jak i towarzyszący mu muzycy.

Debiutancki album Nomy Rosenberg Trio to porcja niezwykle profesjonalnie zagranej muzyki, utrzymanej w zapomnianej już nieco konwencji. Maniaków twórczości Reinhardta nie muszę przekonywać do płyty, tak samo, jak nie wypadałoby mi zachęcać miłośników tradycyjnego jazzu. Fani gitary, bez względu na gatunkowe preferencje, śmiało mogliby również dołączyć do tego grona, bo i stylistyka całkiem przystępna, a wartość edukacyjna wręcz nie do przecenienia.

Kuba Chmiel