Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Drudging The Mire

Drudging The Mire - Murkrat

Drudging The Mire

Wykonawca:

Murkrat

9 /10

Nie powiem, żebym był szczególnie zachwycony, gdy po otwarciu paczki z Aesthetic Death zobaczyłem album Murkrat. Jedna z wcześniejszych przesyłek z tej wytwórni zawierała bowiem poprzedni materiał tego zespołu - "Murkrat", który zresztą trudno było nawet nazwać debiutem, zawierał bowiem tylko trzy nowe utwory plus kompozycje z demówki.

Nie mam najlepszych wspomnień z kontaktu z tamtą płytą, dlatego też nie spodziewałem się po "Drudging The Mire" niczego pozytywnego.

No i okazało się, że mocno się pomyliłem. Krok naprzód, jaki wykonał zespół w ciągu trzech lat dzielących obydwa materiały, jest naprawdę imponujący. Zresztą, trudno tu mówić o zespole, bo  Murkrat to tak naprawdę solowy projekt Mandy VS Cattleprod. Mieszkająca w kraju kangurów Mandy skomponowała cały materiał, jak również zarejestrowała wokale, ścieżki klawiszy, gitary i basu, jedynie perkusję oddając w ręce Neila Dyera, który pojawia się na albumie jako muzyk sesyjny. Osoba Mandy nie będzie zresztą obca wnikliwym czytelnikom Gitarzysty, miałem bowiem wcześniej okazję recenzować split z udziałem jej elektronicznego projektu, Dust To Dearth. Jakby tego było mało, główna bohaterka odpowiada także za cały artwork, zdobiący to wydawnictwo. O ile jednak okładka jest naprawdę niezła, tak rysunki wewnątrz bookletu to amatorska słabizna.

Ale to przecież nie najważniejsze, bo Murkrat na "Drudging The Mire" dołącza do czołówki australijskiego doom metalu. Wtajemniczeni wiedzą, że takie granie jest na Antypodach reprezentowane przez naprawdę zacne zespoły, by wymienić tylko Insomnius Dei czy znakomity Mournful Congregation. Z tą drugą nazwą wiąże Murkrat jeszcze jedno pokrewieństwo. Obydwie kapele parają się pogrzebową odmianą doomu, choć każda z nich w nieco inny sposób.

Pierwsze, co zwraca uwagę w twórczości Murkrat, to bardzo charakterystyczny, skrajnie minimalistyczny, melancholijny i podniosły klimat, bliski niemal ambientowej stylistyce. Szczerze mówiąc, całość bardziej przypomina mi niektóre zespoły zgrupowane swego czasu pod szyldem 4AD, albo nawet w jeszcze większym stopniu bandy w rodzaju włoskich Monumentum (chwilami atmosfera "Drudging The Mire" zbliża się do wspaniałej "In Absentia Christi"), czy wczesnego Canaan. Główny w tym udział mają klawisze, bo, umówmy się, partie gitary są tu ograniczone do minimum, a przy tym schowane gdzieś z tyłu. Także za mikrofonem Mandy odwaliła kawał świetnej roboty, poruszając się między śpiewem w klimatach Lisy Gerrard czy Francesci Nicoli (Ataraxia i sesyjnie Monumentum), a pełnym pasji krzykiem. Rozrzut jest więc niemały i tego typu żeńskie wokale to w funeralu rzecz niezwykle rzadka.

Na ponad 70 minut materiału składają się wyrównane, choć jednocześnie mało urozmaicone kompozycje, stojące na bardzo wysokim poziomie. Świetna płyta nie tylko dla fanów funeralu, choć dla wszystkich tych, którzy w muzyce cenią sobie fajerwerki i zróżnicowane nastroje, może okazać się jednak zbyt jednostajna. Ja w każdym razie jestem pod wrażeniem.

Szymon Kubicki