Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Fangtooth

Fangtooth - Fangtooth

Fangtooth

Wykonawca:

Fangtooth

Gatunek:

Doom metal

5 /10

Wygląda na to, że kategoria, nazwijmy to wyłącznie na potrzeby niniejszej recenzji "morskiego doom metalu", eksplorowana do tej pory przez Ahab czy Fungoid Stream przyciąga nowe zespoły.

W sumie nie jest to nawet szczególnie dziwne, oceaniczna głębia zamieszkała przez dziwaczne stwory, nigdy nie oglądające światła dziennego, wydaje się środowiskiem niezgorzej, niż piekielne czeluście, pasującym do tego gatunku.

Kolejną ekipą marynarzy są Włosi z Fangtooth, których debiutancki krążek wydała właśnie rosyjska Solitude Productions. Już nazwa zespołu, oznaczająca sympatyczną i uroczą głębokowodną rybkę o trudnej do zapamiętania nazwie Anoplogaster naprowadza na pierwszy ślad. Jakby tego było mało uroczy pyszczek tego milusińskiego stworzonka został wpleciony w logo bandu. Teksty nie są może szczególnie morskie, za to na okładce albumu widnieje reprodukcja marynistycznego obrazu Ulisses i Syreny, autorstwa Herberta Janesa Drapera, o czym zresztą zespół lub wytwórnia, zapomniał wspomnieć w booklecie.

Bardzo trafny obrazek, przyznam. Jak zapewne wszyscy wiedzą, Ulisses czy też po naszemu Odyseusz, wracając spod Troi natknął się na syreny, zwodzące marynarzy pięknym śpiewem. Sprytny wódz nakazał przywiązać się do masztu oraz zatkać uszy załogi woskiem. W ten sposób marynarze nie mogli usłyszeć głosu zwodniczych bestii, a okręt uniknął smutnego losu i nie wylądował na skałach. Niestety wraz z "Fangtooth" słuchacz nie otrzymuje wosku, a do najbliższego masztu zazwyczaj droga daleka. Jeśli więc uda mu się dotrwać do końca płyty niechybnie wyląduje na rafach nudy. Nie mówiąc o tym, że gdyby prawdziwe syreny śpiewały tak jak wokalista Fangtooth, niejaki Sfack, nie byłyby tak skuteczne, marynarze uciekaliby bowiem w popłochu, byle dalej od tego koszmarnego zawodzenia.

Sfack wspina się na wyżyny fałszy, a ma ku temu okazję, bowiem w przeciwieństwie do wymienionych wyżej nazw, Fangtooth para się zdecydowanie bardziej tradycyjną odmianą doom metalu. A tam obowiązują czyste wokalizy. Ten fakt działa niczym strzał z armaty prosto w burtę okrętu i to poniżej linii zanurzenia. Bum i włoska łajba idzie na dno. Pozostali muzycy ratują sytuację tylko w niewielkim stopniu. Owszem zdarzają się niezłe momenty, jak choćby w najlepszym na albumie "Rise Again", ale takich chwil nie ma tu zbyt wiele. Pomimo iż album trwa zaledwie nieco ponad 38 minut ten czas okazał się zbyt długi, żeby wypełnić go sensowną treścią. Trudno być zachwyconym również produkcją materiału, która, szczerze mówiąc, bardziej przypomina demo. Gitary są mocno przytłumione, perkusja również brzmi nie najlepiej, zwłaszcza iż głośność talerzy jest nienaturalnie podkręcona. Na pierwszy plan wysuwają się za to ścieżki... wokalu. Ratunku!

Tradycyjny doom metal to wbrew pozorom gatunek całkiem wymagający. Chcąc pozostać w pewnym kanonie trzeba bowiem tak dysponować stosunkowo niewielką paletą rozwiązań, żeby wyszło z tego coś strawnego. Słychać, że Włosi próbowali, słychać, że wiedzą o co chodzi w tych dźwiękach. Niestety zabrakło warsztatu, umiejętności kompozytorskich oraz dobrego producenta. Może następnym razem?    

Szymon Kubicki