Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / The Begining Of Times
Reklama
The Begining Of Times - Amorphis

The Begining Of Times

Wykonawca:

Amorphis

9 /10

W maju miała miejsce premiera nowego albumu Amorphis. Od wydania "Skyforger" minęły dwa lata. Trzeba przyznać, że Finowie w międzyczasie nie próżnowali. Wydali znakomite DVD "Forging The Land Of Thousand Lakes", będące miłym prezentem dla fanów.

Ukłonów w stronę wielbicieli twórczości zespołu było więcej. Z okazji 20-lecia istnienia kapeli, ukazała się płyta "Magic and Mayhem", która stanowiła zbiór wybranych kompozycji z płyt "The Karelian Isthmus", "Tales From Thousand Lakes" oraz "Elegy", zarejestrowanych na nowo w aktualnym składzie. Zespół sporo też koncertował, dzięki czemu miałem szansę zobaczyć ich na żywo nawet w Warszawie. Bez dwu zdań, był to pracowity okres dla muzyków tego fińskiego bandu.

Na "Eclipse" doszło do znaczących zmian w zespole. Pierwsza dotyczy zmiany na pozycji wokalisty. Pasi Koskinena zastąpił Tomi Joutsen. Druga to obrana droga muzyczna. Amorphis powrócił do klimatów znanych z wczesnych płyt, dodając do tego rockowy szlif charakterystyczny dla środkowego okresu twórczości. Ta ścieżka, wytyczona pięć lat temu,  ma swą kontynuację w postaci najnowszego wydawnictwa. Brzmieniowo nie ma rewolucji, produkcją ponownie zajął się zespół wespół z Mikko Karmilą i Marko Hietalą. Jest czysto, przejrzyście, znakomicie słychać partie poszczególnych instrumentów, z dobrą ekspozycją gitar, które są najważniejsze w muzyce Finów. Biorąc to wszystko pod uwagę, można właściwie uznać, że to popowa produkcja, która pasuje jak ulał do rockmetalowej muzyki Amorphis.

Podstawowa kwestia na nowej płycie jest taka, że gitarzyści Esa Holopainen i Tomi Koivusaari nie zapomnieli, jak się tworzy dobre, proste, zapadające w pamięć melodie, co przecież nie jest łatwe, gdy komponuje się dziesiąty w karierze, studyjny album. To jest znak rozpoznawczy Amorphis - proste, melodyjne, gitarowe granie, które garściami czerpie z fińskiego folku.

Album nie jest tak bezpośredni i wypełniony hitami, jak poprzedni "Skyforger". Mimo, że muzyka na "The Beginning..." jest nieco bardziej złożona, wciąż pozostaje bardzo chwytliwa. Czuć ducha starszych nagrań; otwierający album "Battle For Light" przywodzi na myśl tematy z "Tales From Thousand Lakes" i zawiera właściwie wszystko to, co najlepsze, jeśli idzie o ten zespół. Melodię, klimat, czysty śpiew, growling w mocniejszym fragmencie, żywe tempo. Jest sporo patentów przywodzących na myśl "Elegy", gdzie często klawiszowe tematy o specyficznym brzmieniu przeplatały się z gitarowymi, tworząc znakomite melodie. Numery na tej płycie są przemyślane, dobrze skomponowane i zaaranżowane. Wygląda na to, że Finowie niczego nie pozostawili przypadkowi, a płyta brzmi świeżo, jakby dobre pomysły same płynęły niepowstrzymanym strumieniem. W kontekście całej płyty, jestem w stanie wybaczyć im nawet piosenkę o syrence, z lukrowanym wstępem. Temat wodnych zjaw został przeorany swego czasu przez ich ziomków z nieistniejącego genialnego bandu Decoryah, i to w znacznie ciekawszy sposób. W pierwszej fazie "Mermaid", o którym tu mowa, niebezpiecznie zbliżają się do grania w stylu Nightwish. A przecież jest jednak różnica w twórczości obu bandów, subtelna, ale jest. Na szczęście, to tylko chwilowe zaćmienie, bowiem dalej muzycy serwują 11 świetnych utworów.

Osobna uwaga kolejny raz należy się wokaliście Tomi Joutsenowi. Fin obdarzony został świetnymi warunkami wokalnymi. Dysponuje czystym, mocnym głosem o barwie, która z miejsca predestynuje go do śpiewania rocka czy metalu. Siłę jego głosu miałem okazję poznać podczas wspomnianego już warszawskiego koncertu. Czysty śpiew i growling burzący ściany, takiego wokalisty potrzebował Amorphis. Na "The Beginning..." Joutsen prezentuje pełen wachlarz możliwości.

Amorphis nagrał kolejny album, do którego - nie mam wątpliwości - będę wielokrotnie wracał. Ci, którzy znają twórczość kapeli, mogą sięgnąć bez wahania po ten krążek. Jeśli zaś  ktoś nie wie, na czym polega fenomen fińskich zespołów metalowych, ma właśnie okazję z najlepszego źródła dowiedzieć się, o co chodzi. A chodzi o melodię.

Sebastian Urbańczyk