Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Poarta de Dincolo

Poarta de Dincolo - Negura Bunget

Poarta de Dincolo

Wykonawca:

Negura Bunget

Gatunek:

Black metal

5 /10

Wśród najróżniejszych kategorii albumów muzycznych, można wyróżnić grupę płyt nagranych wyłącznie po to, by wywiązać się ze zobowiązań kontraktowych wobec wytwórni. To krążki w przeważającej mierze nagrane z musu i od niechcenia, właściwie zupełnie zbędne, z których żadna ze stron muzycznego biznesu (zespół - label - słuchacz) zwykle nie jest zadowolona.

Kapelom szkoda pozbywać się, na potrzeby tego typu wydawnictw, choćby jednego dobrego pomysłu, zwłaszcza, gdy rozstanie nie następuje w przyjaznej atmosferze. Dlatego zazwyczaj wygrzebują gdzieś spod szafy stare, dawno porzucone szkielety kompozycji i dokonują ich szybkiej rewitalizacji. Wytwórnia może z kolei taki odkurzony stuff  albo schować do szuflady, albo jednak go wydać, choć do promocji już raczej się nie przykłada. Słuchacz zaś  otrzymuje zaledwie półprodukt, ma więc pełne prawo czuć się, kolokwialnie rzecz ujmując, wydymanym. Później tego typu potworki istnieją sobie gdzieś na obrzeżach dyskografii zespołów, które bez żenady potrafią przyznać w wywiadzie, że wypuścili gniota, ale przecież są usprawiedliwieni, bo tak bardzo chcieli uwolnić się wreszcie spod opiekuńczych skrzydeł dotychczasowego mecenasa.

Ten przydługi wstęp wystarcza, by dobrze zorientować się w tym, czym jest "Poarta de Dincolo". Tym materiałem Negura Bunget żegna się z Aural/Code666 (dla której wydała swe najlepsze i przełomowe płyty). Kolejne albumy Rumunów, z premierowym stuffem, ukażą się już w barwach Prophecy Productions. Kapela wykupiła się zresztą niewielkim kosztem, bo to zaledwie czteroutworowa epka. Nie słychać wprawdzie, żeby rozstanie z włoskim labelem przebiegało z większymi zgrzytami, nie zmienia to jednak smutnej prawdy, że "Poarta de Dincolo" nie wytrzymuje porównania z żadnym z wcześniejszych albumów NB, wydanych co najmniej od dekady, a zawarte na niej kawałki sprawiają wrażenie zebranych naprędce odrzutów z poprzednich sesji. I to zarówno pod względem brzmieniowym, jak i kompozycyjnym.

Brzmienie "Poarta de Dincolo" jest płaskie i przytłumione, co razi szczególnie na tle poprzednich krążków Negura Bunget, charakteryzujących się naturalnym, ale i krystalicznym soundem. Słyszałem lepiej nagrane demówki. Nie mogę nie przyczepić się również do wokalisty. Zmiany personalne jeszcze się nie zakończyły i Corb, który nagrywał z zespołem "Vîrstele Pămîntului", niespodziewanie zwolnił miejsce za mikrofonem. Może nie byłoby to aż takie złe, nie był on przecież śpiewakiem idealnym, gdyby wakatu nie objął z konieczności Ageru Pământulu. Zdecydowanie nie był to dobry pomysł. Jako drugi wokalista, Ageru sprawdzał się dobrze, ale przejęcie wszystkich partii śpiewu wyraźnie go przerosło. Aż żal słuchać tych fałszy, na przykład w "Hotar".

Wreszcie zarzut trzeci - kompozycje są zaskakująco nieciekawe i ubogie, jakby niedopracowane, tworzone gdzieś na kolanie. Niby wszystko przebiega według dobrze znanego wzorca, momentami da się zauważyć całkiem ciekawe pomysły, ale  nie udało się ich z sukcesem przekuć w odpowiednie dźwięki. Kapela gra niemrawo i bez przekonania, muzyka pozbawiona jest głębi i typowego dla Negura Bunget, unikalnego klimatu. Zespół jest cieniem samego siebie. Nawet, zdawałoby się, tak charakterystyczny dla Rumunów, instrumentalny "Frig In Oase" choćby w połowie nie dorównuje tajemniczą aurą podobnym kawałkom z wcześniejszego okresu. Wielka szkoda, bo wciąż pamiętam (porównując te same formaty), jakie wrażenie wywarł na mnie znakomity "Inarborat Kosmos", czyli epka sprzed sześciu lat. Mam szczerą nadzieję, że rehabilitacja nastąpi wraz z kolejną, pełnometrażową płytą, choć z drugiej strony nie będę udawał, że nie mam obaw co do jej poziomu.

Szymon Kubicki