Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Carnival Is Forever

Carnival Is Forever - Decapitated

Carnival Is Forever

Wykonawca:

Decapitated

9 /10

Z wiadomych powodów nie będę przypominał powodów studyjnej jak i tymczasowej absencji Decapitated, rzeknę jednak, że czas, który dzielił nas od "Carnival is forever", choćby nie wiem jak infantylnie i niefortunnie to zabrzmiało - nie był stracony. Wymuszone roszady personalne doprowadziły do dokoptowania do składu screamującego Rafała Piotrowskiego, frontmana m.in. Ketha, oraz znanego już praktycznie zewsząd Heinricha, czy Krimha - sympatycznego Austriaka siejącego super szybkie blasty.  Niestety Heinrich po nagraniu albumu zdecydował się opuścić szeregi Decapitated z nieznanych nikomu powodów. Sprawa dziwna, ale domyślam się, że szybko znajdzie swój finał w rychłym ogłoszeniu kogoś nowego...

Wracając do "Carnival is forever", zanim odpalamy krążek w oczy rzuca się okłada (zdjęcie) autorstwa bardzo charyzmatycznego Łukasza Jaszaka, znanego tu i ówdzie jako zawodowy fotograf i grafik pomieszkujący w Szwecji, a tym, którzy pamiętają czasy przed nowym millenium, jeden z redaktorów kultowego już "Bad Taste", i nie mniej bezkompromisowego "Wolfpacka". Jeśli ktoś jest zainteresowany jego usługami - zachęcam do nawiązania współpracy. Normalnie spodziewałbym się cyfrowej, bardzo plastikowej okładki, a tu, ku mojej uciesze, bardzo intrygujące zdjęcie, uzupełniające mroczny koncept albumu. Tyle odnośnie strefy wizualnej. Co się tyczy samej muzyki, Decapitated, a bardziej Vogg, rozumie zmiany w świecie muzyki i dlatego też "Carnival is forever" to nie tak intensywna młócka jak "Organic Hallucinosis", album obfitujący w potężne pokłady groove oraz charakterystycznych patentów (i tu ukłon dla Krimha, za bardzo gęstą, ale zapamiętywalną grę). Nie wiem czy breakdown w "Pest" to wpływ obserwacji deathcore'a, ale faktem jest, że sprawdza się w swej roli znakomicie. Oczywiście, nie jest to zwykłe chug chug (choć i to ma swoje miejsce), bardziej coś na kształt tych znanych z dwóch ostatnich longów Dying Fetus.

Powrót Decapitated ma to do siebie, że wymaga piekielnego wręcz skupienia i przynajmniej dwóch podejść (tym bardziej dla zrozumienia tekstów autorstwa Jarka Szubrychta). Brutalne, intensywne ataki kilku śladów gitar oraz nieokiełznanych bębnów Krimha (ponoć bez triggerów) nie dają zebrać myśli, usilnie zmuszając do headbangingu ("404" , "The Knife"). Odświeżający słuchacza akustyczny, trwający cztery minuty "Silence", wypełnia emocjonalną lukę w utworach Wacka i spółki, nadając nowej pozycji w ich dorobku odrobinę smutnego charakteru, co jest zaletą, i wisienką na tym przeżartym złością torcie. A największym atutem całego materiału, oprócz groove, są solówki, oczywiście solówki - znak firmowy blondwłosego gitarzysty. Ta w "The Knife" przywróciła mi wiarę w zapamiętywalne i melodyjne sola w death metalu (bez notorycznego używania floyda, co kiedy Wacek grał w Vader pewnie niemiłosiernie go wkurwiało).

Sprawdźcie koniecznie super brutalny "United", potem rozbudowanego tytułowego kolosa, będącego dowodem talentu kompozytorskiego Wacka, czy mój ulubiony, maksymalnie Panterowy, uzupełniany fenomenalnymi blastami na ride bellu - "404".  Zdecydowanie album roku jeżeli chodzi o techniczny death metal. Origin idź w cholerę, nadszedł czas Decapitated.

Grzegorz "Chain" Pindor