Kup Magazyn Gitarzysta

Maraton - Lady Pank

Maraton

Wykonawca:

Lady Pank

Gatunek:

Rock

5 /10

Zbliża się lato, więc można śmiało wypatrywać w sklepach płytek z muzyką, która powinna z założenia umilić słuchaczom czas spędzony podczas prażenia się na słońcu. Wiadomo, że zawarty na nich materiał zwykle prędzej sam wywoła u słuchacza udar słoneczny, niż spowoduje jakieś większe przeżycia estetyczne.

Na szczęście większość tego typu muzyki opakowana jest w równie estetyczną okładkę, zdradzającą niestrawną zawartość. Tym razem tylko nieco lepsze dźwięki zakamuflowały się pod tytułem najnowszej płyty Lady Pank. Nie z nami ten numery, Bruner!

"Maraton" to kolejna płyta dinozaurów polskiego rocka. Słowo "polski" ma tutaj kluczowe znaczenie. Muzyka rockowa grana na "Maratonie" jest bowiem klasycznie ociosana w stylu słowiańskim. Nawet założenie, że mamy do czynienia z soft-rockiem nie jest okolicznością łagodzącą. W tym przypadku można by było oczekiwać chociaż chwytliwych i niebanalnych melodii, ale tego też na płycie nie uświadczymy. Kawałki ciągną się bezsensownie, a ratują je jedynie czysto zagrane partie instrumentalne i wokalne, czyli absolutne minimum, którego oczekujemy po muzykach tego formatu. Na dodatek wszystko zostało okraszone nieco pstrokatą produkcją. Szkoda, że wartościowe zagrywki Jana Borysewicza brzmią mało wyraźnie, bo akurat one stanowią największą atrakcję tego albumu. Niestety, jest ich na tyle mało, że trudno "Maraton" traktować jako gitarową płytę.

Tej płyty śmiało mogłoby nie być. Posiada ona znikomą wartość artystyczną, a podejście do niej na zasadzie zrelaksowania się przy muzyce "łatwej, lekkiej i przyjemnej" również nie daje rezultatów. Męczące wydawało mi się słuchanie wszystkich banalnych melodii, uzupełnionych równie banalnymi tekstami. Dość groteskowo wypada w tym kontekście zapowiedź albumu, będącego rzekomo "esencją rock’n’rolla". Zamiast esencji zostały fusy, a rock’n’rolla przekształcono  tu w ciężko strawną papkę. Z drugiej strony, "Maraton" brzmi nadal jak Lady Pank i wielu fanów polskiego rocka sprzed kilku dekad mogłoby poczuć dawne klimaty. Ja jednak podziękuję…

Kuba Chmiel