Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / ...And Then, The Light Of Counciousness Became Hell...

...And Then, The Light Of Counciousness Became Hell... - HellLight

...And Then, The Light Of Counciousness Became Hell...

Wykonawca:

HellLight

Gatunek:

Doom metal

7 /10

Brazylijski HellLight dopiero od niedawna znany jest szerszej grupie odbiorców. Zespół istnieje już ponad 10 lat, ale dopiero teraz dorobił się trzeciego długogrającego wydawnictwa (a pierwszego dla rosyjskiej wytwórni Solitude Productions).

Album "...And then, the light of counciousness became hell" wielu słuchaczom uświadomił, że w gorącej, słonecznej Brazylii też gra się wolny, epicki funeral/doom metal. HellLight sami siebie określają jako wypadkową Bathory, Black Sabbath, Candlemass i Danzig, ale rzecz jasna zarówno inspiracji jest więcej, jak i muzyka zespołu nie jest prostą kopią czy sumą dokonań tychże artystów. Ale niewątpliwie jest to "stara szkoła" tego typu grania, wzbogacona o wpływy muzyki filmowej czy melodyjnego death metalu. Nie obyło się nawet bez złośliwych uwag, że w istocie tego typu muzyka była nagrywana 20 (i więcej) lat temu, natomiast dziś brzmi nieco anachronicznie. Tyle tylko, że ten zarzut dla wielu jest zarazem podstawowym atutem. A 12-minutowe kompozycje robią wrażenie na każdym fanie funeral/doom. I do takich właśnie odbiorców skierowane jest to wydawnictwo.

HellLight na swym trzecim albumie nie brzmią radykalnie inaczej, niż na wydawnictwach go poprzedzających. Długie, majestatyczne kompozycje, smutek, pogaństwo, czyste wokale, klawisze, lekkie wpływy death i black metalu, chóry jak ze wspomnianego Bathory. Tutaj dostajemy to natomiast w zwielokrotnionej, prawdziwie epickiej dawce. 6 utworów trwa w sumie prawie 80 minut, ale nie odczuwa się tego podczas słuchania. Ta muzyka pozwala wpaść w lekki trans, stan zawieszenia - być może to zasługa zawartej w niej melancholii. Mimo, że "...And then, the light of counsciousness became hell" nie jest płytą perfekcyjnie wyprodukowaną ani tym bardziej odkrywczą czy zaskakującą, fani gatunku na pewno ją polubią. To jeden z tych albumów, które mimo iż nie są wybitne, potrafią sprawić wiele przyjemności.      

Brazylijczycy zaczynają bardzo podniośle ("The Light That Brought Darkness") i w zasadzie do końca nie spuszczają z tonu. Pewna monotonia tej muzyki jest zarazem jej zaletą. Taki właśnie powinien być klimatyczny, epicki metal. Kompozycje rozwijają się powoli, wzbogacane o kolejne partie instrumentów, bardziej złowieszcze wokale czy gitarowe solówki. Zdarzają się melodyjno-deathowe fragmenty, ale są one naprawdę szczątkowe i dobrze się dopełniają z funeralnym klimatem całości. Poza wymienionymi kapelami można muzyczną propozycję HellLight porównać do dokonań Opeth, Anathemy czy Tiamat. Tyle tylko, ze Brazylijczycy grają jeszcze bardziej  "w starym stylu", nawiązując do absolutnych klasyków doom metalu (również brzmieniowo). Wydawnictwem tym powinni tez zainteresować się fani progresywnego rocka - HellLight wpisują się i w te stylistykę, nie schodząc przy tym z kursu funeral/pagan metal. Podniosłej muzyce towarzyszą zarówno czyste, doomrockowe wokalizy, jak i te blackmetalowe. Do tego depresyjno-pogańskie teksty, okładka w kolorach brązu i sepii, tytuł przywołujący skojarzenia choćby z włoskimi horrorami (np."Siedem Bram Piekła/The Beyond" Lucia Fulciego - zresztą  nawiązań do soundtracków autorstwa Fabio Frizziego też można się dosłuchać). HellLight nigdy nie twierdzili, że są oryginalni albo chcą dokonać rewolucji. Aktualnie są w czołówce brazylijskiej sceny metalowej, a w podkategorii "down tempo" nie mają u siebie chyba większej konkurencji. Tym bardziej cieszy, że swą trzecią płytą nareszcie wypłynęli i mają okazję podbić serca fanów funeral/doom na całym świecie. To jeszcze nie jest arcydzieło w swojej kategorii, ale warto zapamiętać nazwę HellLight - niebawem będą także w światowej czołówce "slow metalu" .

Krzysztof Kołacki