Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Something Wicked

Something Wicked - Earthride

Something Wicked

Wykonawca:

Earthride

Gatunek:

Doom metal

4 /10

Niektórzy nazywają Earthride supergupą. Doskonale świadczy to o tym, jak bardzo rzeczone pojęcie ostatnimi czasy się zdewaluowało. Jak dla mnie, obecność Erica Little z Internal Void oraz Dave’a Shermana (Wretched oraz Spirit Caravan) to trochę za mało, by nawet z mocnym przymrużeniem oka używać tu tego określenia.

Może jestem uprzedzony, ale szczerze mówiąc nigdy nie przepadałem za twórczością Pana Shermana (takim twierdzeniem narażę się pewnie doomowym ortodoksom). Nic nie poradzę, że Wretched nie wyróżnia się niczym szczególnym, a Spirit Caravan to najsłabszy projekt, w jakim kiedykolwiek udzielał się Wino. Tu małe wyjaśnienie: zdaniem wielu, Wino to niemal personifikacja tego gatunku, a wszystko, czego się dotknie, z miejsca zamienia się w złoto. Otóż nie wszystko, a przykładem właśnie SC.  

Niestety, te same odczucia dotyczą Earthride. Pamiętam, że ich poprzedni krążek "Vampire Circus" nie zrobił na mnie żadnego wrażenia i podobnie dzieje się z "Something Wicked". Podstawową chorobą toczącą ten materiał jest wirus, który nazywam amerykańskim. Nazwa bierze się stąd, że podobne objawy wykazuje wiele doomowych płyt zza oceanu (nie mówiąc o niemal całym southernowym nurcie z Down na czele, ale to już temat na inną recenzję). Symptomy te zaś są łatwo rozpoznawalne - absolutna kwadratowość riffów, toporność wyniesiona do rangi sztuki oraz zanik jakichkolwiek śladów przebojowości czy wpadającej w ucho melodii. Oczywiście, wszyscy zainfekowani przyznają się do dziedzictwa Black Sabbath, zapominając o podstawowym przejawie geniuszu Anglików, to jest umiejętności łączenia ciężaru ze zjawiskową wręcz chwytliwością. To dzięki temu każdy potrafi zanucić wstęp do "Iron Man" czy "Paranoid". Tymczasem, mimo wielokrotnego przesłuchania "Something Wicked", nie jestem w stanie zapamiętać nawet sekundy tego materiału.    

Aż żal słuchać, jak bardzo męczą się panowie. Jak bardzo zamulają swoimi dźwiękami. Może nawet dałoby się to jakoś strawić, ale wokale Shermana są zwyczajnie koszmarne. Tyle lat na scenie, a jeszcze nikt mu nie powiedział, że on i mikrofon nie mają ze sobą po drodze. Zero polotu, zero iskry. Wszystkie kawałki utrzymane są właściwie w tym samym tempie i trudno oprzeć się wrażeniu, że oparte zostały na zaledwie kilku kombinacjach riffów. Mały wyjątek zdarza się jedynie w przypadku nieco żywszego "Grip The Wheel", ale choć trwa on niespełna pięć minut, Amerykanie i tak zdołali upchnąć w nim dwie garście mułu. Sytuacji beznadziei nie ratuje nawet gościnny udział wspomnianego wyżej Wino w "Supernatural Illusion", który niestety zaśpiewał tylko w chórkach, być może nie chcąc się wychylać bardziej, żeby przypadkiem nikt go nie kojarzył nadmiernie z tym albumem.  

A na koniec scenka rodzajowa. Na tegorocznym Roadburn, na stoisku z merchem, można było nabyć "Something Wicked" za całe pięć euro (nie skusiłem się, ale niestety promo i tak mnie dopadło). Natomiast tuż obok swój stuff rozstawili Japończycy z Coffins. Wyprzedanie wszystkich (co do jednej) płyt, jakie mieli ze sobą, zajęło im kwadrans. Podobnie rzecz miała się z koszulkami. W tym samym czasie smutne i samotne krążki Earthride bezowocnie czekały na swoich właścicieli. Bardzo trafnie to obrazuje prawdziwą wartość "Something Wicked". Szczerze, nie polecam.

Szymon Kubicki