Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / The Valley Path

The Valley Path - U.S. Christmas

The Valley Path

Wykonawca:

U.S. Christmas

10 /10

Nie więcej niż rok temu miałem przyjemność słuchać, a później recenzować krążek Amerykanów “Run Thick In The Night". Minęło kilka miesięcy od ukazania się tamtej płyty, a muzycy z Marion (Północna Karolina) przygotowali nowe wydawnictwo "The Valley Path". Tempo imponujące. Jeszcze większe wrażenie robi to, że "The Valley Path" jest równie dobry, co poprzedni album. Słowem, znakomity.

Niewiele jest obecnie zespołów, które potrafią utrzymać uwagę słuchacza od początku trwania płyty do samego jej końca. Takich, które z taką łatwością kreują niepowtarzalny, wciągający klimat. Takich, które komponują znakomite tematy z dużą lekkością, oferując absolutnie unikalną, muzyczną podróż.

Na "The Valley Path" składa się jeden 40-minutowy utwór. Utwór-rzeka, chciałoby się rzec. Płynie swobodnie, wije się, zakręca, wznosi, opada, raz nurt jest spokojny, innym razem mocniejszy i właściwie nie wiadomo, dokąd ostatecznie zaprowadzi słuchacza.

Twórczość US Christmas nieodmiennie kojarzy mi się z książkami Cormaca McCarthy’ego. Nie wyobrażam sobie lepszego soundtracku dla niektórych jego powieści, od "Krwawego południka", przez "Strażnika sadu", po "Drogę". Zresztą, fabuła tej drugiej rozgrywa się w okolicach, w których muzycy USX mieszkają na co dzień. Klimat muzyki tworzonej przez Amerykanów niesie w sobie jakąś ostateczną porażkę. Podobnie, jak w przypadku bohaterów powieści McCarthyego, ich los jest niejako z góry przesądzony; są pozbawieni przyszłości. Naznaczeni porażką, jakby to był z góry narzucony plan ich życia. Przeklęty los, marne przeznaczenie. Jeśli mają przed sobą jakąkolwiek przyszłość, czasem lepiej jej nie doczekać. Nie dziwi mnie wcale, że panowie i pani z USX tak się zapalili do zrobienia ścieżki dźwiękowej do "Krwawego południka", do ekranizacji którego trwają już przymiarki.

"The Valley Path"
można podzielić na części. Pierwsza, bardzo transowa, zaczyna się spokojnie, od wolno spadających dźwięków gitary. Do niej stopniowo dołączają rytmiczne bębny i spokojny wokal Nata Halla. Mistrzowskim posunięciem okazuje się (po raz kolejny) użycie skrzypiec. Wygląda na to, że Meghan Mulhearn, grająca na tym instrumencie, została wcielona do zespołu już na stałe. Gra ona bardzo oszczędnie, nie ma tu żadnego efekciarstwa. Jej partie zostały przemyślanie zaaranżowane i nagrane. Czasem wysunięte są na pierwszy plan, podkreślając melodię. Przyznaję, że tematy, które gra, są znakomite i mają ogromną siłę, jeśli idzie o niesione przez dźwięki emocje. Innym razem, skrzypce ledwie muskają powierzchnię tworzoną przez pozostałych muzyków, są bardziej schowane. Tak kończy się część pierwsza.

Drugą znów rozpoczynają dźwięki gitary. W tej części jest bardziej klasycznie, pulsujący bas, który włącza się z czasem, kilkuminutowe solo gitarowe i kolejny piękny temat na skrzypce. W kulminacji tej części w tle pojawiają się również partie klawiszowe, jak na psychodeliczny rock przystało. Wszystko uzupełniają dźwięki perkusji, surowej w brzmieniu, przywodzącej na myśl nagrania kolegów z Neurosis. Całość utrzymana w atmosferze całkowitej beznadziei. Beznadziei przegranego życia.

Trzecią część rozpoczyna jeden z piękniejszych, a zarazem najsmutniejszych tematów gitarowych, jakie dane mi było słyszeć. Niby nic wielkiego, parę dźwięków, a jednak łapie człowieka za gardło i nie puszcza. Do tego ponownie wtórują skrzypce, pogrywając gdzieś w tle. Po chwili następuje mocniejszy gitarowy temat, któremu najbliżej do grania spod znaku Neurosis. Ale to tylko burza przed ciszą. Po chwili bowiem wracamy do początkowego tematu gitarowego, zagranego jeszcze lżej, spokojniej, w klimacie pełnej rezygnacji. I tak przechodzimy do zamykającej płytę części czwartej, tj. powrót do tematu z początku albumu. I kiedy wydaje się, że tak materiał dobiegnie już końca, muzycy postanawiają zagrać coś bardziej podniosłego. Nie jest to jakiś triumfalny temat, raczej w stylu 'jak odejść, to z wielkim hukiem'.

Niewiele zostało do dodania, jeśli idzie o ten krążek, o ten zespół. Z przyjemnością obserwuję, jak USX zmienia się z płyty na płytę. A jednocześnie, zastanawiam się, czy są dla nich jakieś granice, jakiś punkt, w którym się zatrzymają. Na razie odpowiedź brzmi 'nie'. To jeden z najlepszych obecnie bandów na scenie. USX są przykładem starej szkoły, gdzie nad nadzwyczajne umiejętności techniczne przedkładano emocje, jakich powinna dostarczać muzyka, a do tego, jak się okazuje, wystarczają skromne środki. Dla mnie kandydat do płyty roku.

"Poszli przez pole, przez opary mgły i smużki światła, zmierzając na wschód, podobni do ostatnich niedobitków Armagedonu". - Cormac McCarthy "Strażnik sadu".

Sebastian Urbańczyk