Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Deceased to Exist

Deceased to Exist - Maim

Deceased to Exist

Wykonawca:

Maim

Gatunek:

Death metal

7 /10

Szwedzi z Maim na swoim drugim albumie, z prawdziwie archeologicznym zacięciem, eksplorują dokładnie te same obszary, z którymi mierzyli się na pierwszym. Mowa, oczywiście, o oldschoolowym death metalu, brzmiącym jakby czas zatrzymał się dwadzieścia lat temu.

Kapela zwróciła na siebie uwagę już przy okazji "From the Womb to the Tomb", to jest debiutu sprzed dwóch lat, jednak w tym samym roku światła wszystkich reflektorów skupiła na sobie norweska rewelacja z Obliteration, obracająca się w podobnym klimacie. W twórczości Maim bardzo wyraźnie słychać charakterystyczne elementy, tak typowe dla Szwecji, ale punktem wspólnym obydwu zespołów jest uwielbienie dla Autopsy, które wyraźnie przekłada się na tworzone dźwięki.

Tym sposobem Maim przypomina, że to właśnie wpływ m.in. Autopsy legł u podstaw słynnej, szwedzkiej szkoły death metalu, nawet jeśli wkrótce przekształciła się ona w coś innego i naprawdę wyjątkowego. A skoro zespół obrał właśnie ten kierunek, trudno się dziwić, że pod każdym względem, zarówno kompozycyjnym, jak i producenckim, "Deceased to Exist" brzmi dokładnie tak, jakby powstał dwie dekady temu. Nie da się ukryć, że panowie z Maim nie podjęli jakiejkolwiek próby nawet minimalnego odświeżenia tej stylistyki, ani tym bardziej dodania do swoich dźwięków choćby promila chwytliwości, co przecież wcale nie jest takie rzadkie u naszych zamorskich sąsiadów.   

Nie oznacza to, że "Deceased to Exist" od początku do końca opiera się na tym samym schemacie. Na przykład, "Crematory", umiejscowiony dokładnie w połowie płyty (na nośniku winylowym prawdopodobnie w udany sposób zamykałby stronę A) to instrumentalny walec, zdecydowanie bliższy doom metalowej manierze. Zresztą, Maim zazwyczaj nigdzie się nie spieszy, trzyma się raczej średnich temp, tu i ówdzie dodając trochę ciężkich zwolnień czy, dla odmiany, przyspieszeń. A wszystko to przykryte, śmierdzącą grobem i rozkładającymi się zwłokami, czapą o nazwie oldschool.

To sprawia, że płyta przypadnie do gustu jedynie niereformowalnym maniakom takich niemodnych dziś klimatów, do których zresztą (z dumą) sam się zaliczam. Reszta popuka się w czoło i sięgnie po coś 'nowocześniejszego', 'lepiej brzmiącego', 'wytyczającego nowe kierunki', a może nawet 'aspirującego do rangi sztuki'. Maim nie pasuje do żadnego z tych przymiotników.

Szymon Kubicki