Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / The Konsortium

The Konsortium - The Konsortium

The Konsortium

Wykonawca:

The Konsortium

Gatunek:

Black metal

8 /10

Debiut The Konsortium był z pewnością wyczekiwany ze zniecierpliwieniem przez wielu maniaków black metalu. Płyta wreszcie jest, gości już w mojej wieży i pozwala się całkiem przyjemnie słuchać.

The Konsortium to interesujący projekt, którego głównym kreatorem jest niejaki Teloch, znany zapewne co zagorzalszym maniakom norweskiego black metalu z gry w Nidingr i Ov Hell oraz sesyjnego udziału w 1349, Mayhem i Gorgoroth. Przyznam, że oglądając zdjęcia The Konsortium (muzycy ubrani w stroje a la upiór w operze) spodziewałem się, że jego najnowszy zespół więcej będzie miał wspólnego z awangardą, aniżeli metalem, a jeżeli już to w eksperymentalnej, może zahaczającej dla wielu o profanację, formie. Sam najbardziej zainteresowany postanowił jednak nadal trzymać się gatunku, do którego mu najbliżej. Co w końcu w przeciwnym razie powiedzieli by kumple z podwórka!

Ozdobiona całkiem interesującym frontem płyta to album na wskroś metalowy. Pomijając parę eksperymentów z brzmieniem, mamy do czynienia z wręcz podręcznikowym przykładem tego typu wydawnictwa. Jego twórcy pokusili się o wymieszanie kilku podgatunków metalu. I tak, choć podstawą jest black metal, nie trudno odnaleźć tutaj death- czy thrashmetalowe elementy. Ba, w "Gasmask Prince" można usłyszeć wokale, których nie powstydziłby się King Diamond. Mercyful Fate nie od wczoraj są uważani za protoplastów blacku, stąd tego typu hołd nie powinien nikogo dziwić. Właściwie prawie każdy numer ma tutaj pewien specyficzny klimat i odwołania do poszczególnych odmian metalu. Zaznaczę jednak, że całokształt brzmi jednak spójnie i nie ma się wrażenia, że każda kompozycja pochodzi z innej parafii (tfu! - pluną z pewnością na to ostatnie puryści!).

Muzykom nie obce są ciągotki do poszukiwań. Szkoda tylko, że takich eksperymentów jak w warstwie wokalnej choćby "Lik Ulven" czy "Under The Black Flag" nie znalazło się tutaj więcej. Osobiście nie obraziłbym się także, gdyby funeralny klimat "Decomposers" dotyczył całego krążka. Ten utwór to w pewnym sensie najlepszy moment albumu - mroczny, powoli się rozkręcający horror z rzeźnickim zakończeniem. Gdyby przełożyć go na obraz pewnie powstałoby coś na kształt syntezy "Nosferatu" z "Teksańską masakrą piłą mechaniczną". Pozytywnie przyjmuje także lekko punkowy "Onwards! Onwards!", w którym ponownie wiele dzieje się z wokalami przepuszczonymi przez jakiś elektroniczny filtr.

Choć nie wiem, czy w przypadku metalu takie określenia powinny padać, całości słucha się dobrze i przyjemnie. Po wybrzmieniu ostatnich taktów nie ma się większych oporów do ponownego odsłuchania krążka. Jak na debiut jest bardzo dobrze!

Jacek Walewski