Kup Magazyn Gitarzysta

Eier - Eier

Eier

Wykonawca:

Eier

Gatunek:

Rock

5 /10

W radosnym, ale i krytykanckim, życiu każdego recenzenta nadchodzi taki moment, w którym jedyne słowo, jakie ciśnie się na usta po odsłuchaniu materiału to "konsternacja". I nie zawsze jest to pozytywne zjawisko.

Czarno-buro-biały obrazek zdobiący debiutancki album zespołu Eier ciekawi. Czy zawartość będzie równie mroczna co okładka? Czego tu się spodziewać? Muszę przyznać, iż cudów jednak się nie spodziewałam. Liczyłam po prostu na dobry materiał, który być może mnie oczaruje, zaintryguje. Jak się okazuje jedynie rozczarował. Pomimo dość ciepłych i pozytywnych opinii na temat zespołu jakie usłyszałam od innych, niestety nie mogę dołączyć do tego grona. Chociaż, jedna rzecz się zgadza: album jest równie mroczny, co okładka.

Warstwę muzyczną wszystkich 12 kawałkach umieszczonych na krążku można określić jako całkiem porządne łojenie, chociaż bez fajerwerków. Owszem, jest nieźle, ale to wszystko już gdzieś, kiedyś słyszałam. Chociaż należy dodać, iż zdarzają się na tym albumie momenty całkiem interesujące. Niestety jest ich zwyczajnie za mało aby "podratować budżet". Brutalne dźwięki wylewające się z odtwarzacza z szeleszczącymi, brudnymi wstawkami dość mocno zniechęcają do kolejnego odtworzenia. Niemniej jednak wszystko jest naprawdę spójnie i całkiem porządnie odegrane.

Na uwagę zasługuje głos Grażyny Machury. Jest chwilami tak agresywny, że w pierwszym odruchu miałam ochotę schować się pod stół i wciągnąć tam sobie kocyk w puchate zajączki (najlepszy terapeuta). Wokalistce nie można zarzucić brak warsztatu, bądź umiejętności, jest też coś hipnotycznego w jej śpiewie. Niemniej jednak została zupełnie zagłuszona przez muzykę. Momentami aż ciężko ją usłyszeć. Ale tu już raczej należy zgłaszać zażalenie do speców od guziczków. Nie ukrywam też, że nie jestem wielką fanką takiego "śpiewu" i w moim odczuciu nie dość, że chwilami zupełnie się gubi, to na dokładkę czasami nie za bardzo pasuje. I został fatalnie nagrany - może w tym tkwi największy problem? Tak czy siak podejrzewam, iż na koncercie wokalistka jest w stanie solidnie pogonić kota niejednemu facetowi za mikrofonem (na miejscu tych facetów naprawdę bym się bała...).

Ciekawą rzeczą na recenzowanym debiucie są teksty. Wszystkie wyszły spod ręki wokalistki. I to jest jeden z mocniejszych punktów albumu. Składne, rymowane i chociaż czasami wyrzucone z ust pani Machury niczym obelga to naprawdę ciężko im coś zarzucić. I nawet nie będę starała się na siłę tego robić.

Eier bardzo szybko weszło do studia po rozpoczęciu działalności i należy żałować, że zespół jednak nie odczekał jeszcze kilku miesięcy. Owszem, można odczuć naprawdę dokładnie, iż te kompozycje na żywo nabierają mocy i energii, a publika po paru kawałkach ma szansę utopić się we własnym pocie i zachrypnąć na amen. Niestety, na płycie jako takiej nie czuć tego zbyt wyraźnie. I chociaż nie użyłabym w odniesieniu do niej samych pejoratywnych określeń, to mimo wszystko o zachwyty też trudno. Niemniej jednak wierzę, że następny album Eier będzie zdecydowanie lepszy, czego zespołowi życzę, bo potencjału nie można im odmówić.

Julia Kata