Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Lonesome Traveler’s Blues

Lonesome Traveler’s Blues - RB Stone

Lonesome Traveler’s Blues

Wykonawca:

RB Stone

Gatunek:

Blues

5 /10

Zainteresowania RB Stone’a w kontekście jego działalności artystycznej nie wróżyły niczego dobrego. Z doświadczenia wiem, że twórczość muzykujących kowbojów z reguły nie jest tożsama ze ścieżką dźwiękową do słynnego filmu Sergia Leone, wręcz przeciwnie. Spodziewałem się kolejnej płyty z gatunku country-rodeo. Okazało się jednak, że "Lonesome Traveler’s Blues" jest płytą ze wszech miar bluesową. Uff…

RB Stone to postać nietuzinkowa. Jako młody i dobrze prosperujący przedsiębiorca sprzedał cały swój dobytek, by zostać kowbojem. Muzykującym na dodatek. Po paru upadkach z końskiego grzbietu i pogruchotaniu sobie kilku kości RB Stone zdecydował się zostawić konie w spokoju i zajął się jedynie muzykowaniem. Od tego czasu nagrał ponoć 15 płyt, koncertował w 32 krajach na 5 kontynentach i sprzedał w sumie 40 tys. płyt, głównie podczas koncertów. Nieźle. "Lonesome Traveler’s Blues" to jego kolejne dzieło, nieodbiegające od poprzednich dokonań.

"Lonesome Traveler’s Blues" składa się z 10 utworów, zaprezentowanych według klasycznego rozdzielnika: "każdy znajdzie coś dla siebie". Możemy zatem znaleźć na płycie trochę elektrycznego bluesa, południowego blues-rocka, akustycznego bluesa i country bluesa. Wszystko podane w sposób poprawny, jednak bez charakteru. Kawałki zagrane zostały jakby od niechcenia, w efekcie nie przykuwają uwagi na dłużej. Do instrumentarium nie można się zasadniczo przyczepić, bo oprócz przynudzania muzycy grający na płycie nie popełnili większych przewinień. Choć harmonijkę z przyjemnością niczym kowboj bym odstrzelił. Grający na niej sam RB Stone mistrzem tego instrumentu nie jest, a chcąc chyba zamaskować niedoskonałości gra co jakiś czas nieco prostackie i dość irytujące frazy. Znacznie lepiej autorowi wychodzi śpiewanie i granie na gitarze.

Album "Lonesome Traveler’s Blues" to dobra propozycja ale chyba tylko dla fanów gatunku. Pozostali pewnie padną z nudów już przy pierwszym utworze. Podsumowując: i tak dobrze, że RB Stone nie zagrał country-rodeo.

Kuba Chmiel