Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / From Chaos to Eternity

From Chaos to Eternity - Rhapsody Of Fire

From Chaos to Eternity

Wykonawca:

Rhapsody Of Fire

Gatunek:

Power metal

4 /10

Od dość dawna cierpię z powodu zawłaszczenia, w świadomości społecznej, fantasy przez tematy dla małolatów. Radosny pitu-pitu power metal, Tolkieno-podobne heroiczne historie a'la R.A. Salvatore czy mało odkrywcze gry rpg. No ale gimbaza musi się czymś jarać by podbudować swojego ego. Może kiedyś natkną się przypadkiem na Neila Gaimana chociażby...Ale my tu nie o tym.

My tu pisać będziemy o prężnych przedstawicielach grupy numer jeden z mojej wyliczanki. O zespole "walnijmy tremolo, casio, chór, orkiestrę, Christophera Lee i sztampowe do bólu teksty". Tak, tak moi mili. Po roku od wydania "Frozen Tears of Angels" pierwsi oprowadzacze po obozowiskach elfich gejów z Rhapsody of Fire wracają z nową (?) muzyczną propozycją. Brać wojowników! Dzierżąc w rękach emerald sword wybierzcie się znowu do enchanted lands! Pytanie tylko po co...

Bo z "From Chaos To Eternity" Włosi jak nigdy przedtem pokazują, że mając do dyspozycji mnóstwo środków przekazu (te całe orkiestry, te klawesyny) nie zawsze każdy umie je wykorzystać. Słowem, jak ktoś znajdzie różnicę między nową a poprzednimi płytami Rhapsody of Fire ma u mnie browar. Bo czegóż tu nie ma? Bombastyczne orkiestracje, pompatyczne chóry, power metalowe galopy, zły Saruman w koronie ponownie recytujący jakieś eposy. Czegóż tu nie ma... czego nie znamy w twórczości Włochów od 14 lat? Najsmutniejsze jest to, że gdyby Luca Turilli nie bawił się w Yngwiego M. tylko zaostrzył trochę pazury wyszedłby na ludzi. Niestety, po względnie metalowym tytułowym utworze (momentami żre, sam się zadziwiłem) dostajemy... hmm, cóż, rzecz mocno zorientowaną na fanów. Z "Tempesta Di Fuoco" Rhapsody of Fire na spokojnie mogliby wygrać Eurowizję. A taki "Ghosts of Forgotten Wordls" mimo, iż zaczyna się mocno korzennie, niewiele robi sobie później ze swego metalowego początku. Co gorsza, klawisz mocno eksponuje swe solowe zapędy w tym kawałku, czego wręcz w ciężkiej muzie nie trawie.

Jedziemy dalej "Anima Perduta" (skąd oni te tytuły biorą?!?!) to kolejna wycieczka po Shire, w którym Hobbici trzymają się za... niech stanie, że ręce żeby nie być niepotrzebnie wulgarnym. "Aeons of Raging Darkness" to kompozycja, na którą czekałem te 20 minut obcowania z "From Chaos to Eternity", zróżnicowana z głową, momentami jadowicie metalowa (!), z konkretną sekcją. To w tym tracku w końcu wszystko działa i dowodzi, że forma nie musi panować nad treścią. No niestety, rozmiłowanie w aspiracjach sięgania muzyką do Bollywood powraca w "I Belong To The Stars" (serio, Włosi, zwróćcie uwagę na te tytuły!). Po fajnym strzale między oczy kolejna wycieczka po paradzie równości mrocznych elfów boli ze zdwojoną siłą. "Tornado" znowu jednak daje nadzieję, że Rhapsody of Fire przebudzi się z mentalnego marazmu i skojarzą, że są wiązani ze sceną metalową, nie zaś z muzyką filmową. Na koniec dostajemy rozciągniętego kloca w postaci "Heroes of the Waterfall's Kingdoms" (serio, bohaterowie wodospadzich królestw? Serio?!?!?!), w którym jednak muzyka filmowa wygrywa z metalem. Spotkałem się jeszcze na swoim wydaniu "From Chaos to Eternity" z gwałtem na "Flash of the Blade" wiadomo kogo. No cóż... coverować trzeba umieć i trzeba wiedzieć co...

Fani Rhapsody of Fire zdążyli już mnie zapewne rozszarpać na strzępy na niejednym forum internetowym. Ha, moi drodzy, power metalu słuchałem kiedyś na potęgę. Nightmare z Francji nic raczej w moim rankingu nie pobije. Ja wiem, wiem, Włosi to nie ma być zwykły power metal. Heh, to najlepiej niech w ogóle metalem nie będą bo powoli robią z siebie jednorożce Pony. Trzy kawałki dają radę i pokazują, że jest jeszcze nadzieja dla Rhapsody of Fire na powrót na dobre tory muzyczne. Dla mnie niewiele "From Chaos to Eternity" ma do zaoferowania. Fani są pewnie jednak obsrani z radości. Ja jednak nie czaje twórczości na zasadzie kopiuj/wklej.

Grzegorz Żurek