Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / The Final Jolly Roger

The Final Jolly Roger - Running Wild

The Final Jolly Roger

Wykonawca:

Running Wild

Gatunek:

Heavy metal

8 /10

“The Final Jolly Roger" to nie tylko, jak wskazuje sam tytuł, epitafium Running Wild, a zarazem prezent dla najbardziej zagorzałych, nieutulonych w żalu fanów, ale też prawdziwa gratka dla wszystkich tych, którzy lata temu cenili sobie niemiecką armadę, a później z różnych powodów stracili zainteresowanie jej twórczością.

Formalnie zespół powstał w roku 1976, jednak pod nazwą Running Wild działał od 1979 r. Jubileusz trzydziestolecia kapeli nie przebiegł tak, jak chcieliby fani. Najpierw, w 2009 roku Rock 'n' Rolf poinformował, że zaprawiona w bojach piracka łajba ostatecznie zawinie do portu, a 30 lipca tego samego roku Niemcy zagrali ostatni, pożegnalny koncert na Wacken.

Był to gig ze wszech miar wyjątkowy. Nie tylko dlatego, że po raz ostatni trójka muzyków Running Wild, pod dowództwem Rolfa, wspomagana przez basistę Masterplan, zagrała razem na żywo. Wieść gminna niesie, że w ciągu miesiąca od występu na Wacken, ostatni studyjny krążek "Rogues en Vogue" z 2005 roku, który wcześniej sprzedawał się dość kiepsko, znalazł dodatkowych 350 000 nabywców, osiągając ostatecznie ponad półmilionowy nakład. Jak odchodzić, to z salwą wszystkich pokładowych dział.

Wracając do meritum, "The Final Jolly Roger" to zapis tego właśnie wydarzenia, utrwalony przez ZYX Records na dwu płytach CD oraz DVD. Wersja tego wydawnictwa, która trafiła do mnie do recenzji, obejmuje tylko 2 krążki audio, zapakowane w elegancki digipack. Booklet zawiera zaskakująco mało informacji, nie podano nawet daty gigu, można natomiast z niego wyczytać, że firma, której zadaniem była rejestracja ścieżek audio z koncertu… skasowała je. Przez to dźwięk na "The Final Jolly Roger" to tylko dwukanałowe stereo. W istocie jednak nie ma to znaczenia dla typowego CD, a dźwiękowi wydobywającemu się z kolumn trudno cokolwiek zarzucić.  

Tak się jakoś zwykle składa, że na tego rodzaju imprezach zespoły serwują publice swe klasyczne i (naj)starsze zarazem kawałki. Nie inaczej jest w przypadku niemieckiej ekipy, choć biorąc pod uwagę jej rozbudowaną dyskografię, plus bardzo wysokie nasycenie hitami jej wczesnych albumów, niemożliwością było zadowolić wszystkich w równym stopniu setlistą "The Final Jolly Roger". Każdy na pewno ma swoich faworytów, ja również zamieniłbym niektóre kawałki na inne (np. "Tortuga Bay" na "Raw Ride" albo "War in the Gutter"), ale mimo wszystko trzeba przyznać, że dokonany wybór songów jest reprezentatywny dla twórczości Rolfa i spółki. Zaś finał w postaci "Raise Your Fist", "Conquistadores" (hit nad hity) i, jakżeby inaczej, "Under Jolly Roger" - wręcz wymarzony. Najmłodszy w zestawie "Black Hand Inn" liczył sobie w chwili jego odgrywania 15 lat, a kapela skoncentrowała się przede wszystkim na krążkach nr 4 ("Port Royal") i nr 5 ("Death or Glory"). Niech was nie zwiedzie tajemniczy utwór Der Kaltverformer, pod którym kryje się przeszło trzyminutowa solówka perkusyjna.             

Całość, a zwłaszcza ścieżki instrumentów (w tym świetna praca gitary basowej), brzmi bardzo dobrze. Warto podkreślić, że partie wokalne nie noszą śladu studyjnych poprawek,  mimo że Rolf nie zawsze daje radę zaśpiewać czysto, a pod koniec setu wyraźnie słychać zmęczenie w jego głosie. Zastanawia mnie tylko jedno, dlaczego frontman przez cały set porozumiewa się z publiką wyłącznie po niemiecku, nawet w momentach, gdy do zabawy zaprasza wszystkich zgromadzonych pod sceną. Mało to zrozumiałe, jeśli wziąć pod uwagę, że Wacken to międzynarodowy festiwal, który odwiedzają maniacy z całego świata. Ten drobiazg irytuje bardziej, niż można by przypuszczać.

Innych wad wydawnictwa nie dostrzegam. Odsłuch "The Final Jolly Roger" sprawił mi sporo frajdy, tym bardziej, że choć od lat nie miałem styczności z twórczością Running Wild, w dalszym ciągu uważam, że był to jeden z najważniejszych zespołów w całej historii heavy metalu (a w moim osobistym rankingu, najważniejszy). Być może znawcy, czy prawdziwi fani inaczej wyobrażali sobie ostatni abordaż niemieckich piratów, ja w każdym razie jestem usatysfakcjonowany.

Szymon Kubicki