Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Pain Is Warning

Pain Is Warning - Today Is The Day

Pain Is Warning

Wykonawca:

Today Is The Day

9 /10

Today Is The Day to legenda na miarę Neurosis. Zespół ten, od blisko 20 lat, przełamuje schematy na scenie hardcorowej i metalowej. Najpierw były płyty nagrane dla Amphetamine Reptile Records. Później kontrakt z Relapse, flirt z metalem i znakomite albumy "Temple Of The Morning Star", "In The Eyes Of God" oraz “Sadness Will Prevail".

Co ciekawe, na tej drugiej lider TITD, Steve Austin, dał szansę pokazania się szerszej publiczności muzykom, którzy zakładali Mastodon, to jest basiście Billowi Kelliherowi oraz perkusiście Brannowi Dailorowi. Teraz panowie powracają z dziewiątym w karierze "Pain Is Warning".

Recenzowana płyta jest nie lada niespodzianką. Album jest najbardziej przystępny w odbiorze ze wszystkich, jakie dotąd nagrali. Zaskoczeniem może być również to, że po raz pierwszy Steve Austin, który zwykle sam produkował albumy TITD, tym razem powierzył to zadanie komuś innemu. Tym kimś jest gitarzysta Converge - Kurt Ballou. To jeden z najzdolniejszych producentów hardcore/metal. Czuwał nad znakomitymi krążkami takich bandów, jak Converge, Modern Life Is War, Cursed, The Hope Conspiracy, Trap Them, 108, Disfear, Have Heart, Rise and Fall, Blacklisted, The Secret, czy robiącego aktualnie furorę, Kvelertak. Imponująca lista, choć wcale niekompletna. Austin wiedział, w czyje ręce przekazać skomponowany przez siebie materiał.

Wspólnie z Ballou udało się wypracować bardzo specyficzny sound, trudno to nawet porównać z czymkolwiek. Jedyne, co można powiedzieć to to, że dobrany został perfekcyjnie do muzyki. Kiedy trzeba, łamie karki ciężarem gitar, w innych, lżejszych partiach gitary brzmią z kolei właściwie heavymetalowo. Wiem, jak może to brzmieć w kontekście TITD, ale to nie żart. Tak właśnie jest.

Podobnie, jak Converge na "Axe To Fall", tak i ta szalona ekipa uprościła swoje granie. To naprawdę "łatwa" płyta, zwłaszcza w porównaniu z poprzednimi. Riffy są o wiele prostsze, jest więcej przestrzeni i melodii. Nie znaczy to, że mamy do czynienia z materiałem ‘wykastrowanym’. Charakterystyczna nuta szaleństwa wciąż jest obecna, choćby w wokalach (kto słyszał jakąkolwiek płytę TITD, ten wie, o co chodzi), w klimacie, i w wielu partiach albumu ("Death Curse" to najlepszy reprezentant "typowego" TITD). W większości jednak postawiono na prostotę, niemal klasycznie heavymetalową, zaadaptowaną na potrzeby zespołu. Są riffy, które mogłyby się znaleźć na płytach Motorhead czy AC/DC, wszystko to jednak wkomponowane w styl TITD. Wspomniane riffy sąsiadują z tym, co zainspirowało rzesze sludge’owych kapel, ciężkie, posiadające ogromną siłę rażenia wybuchy. Chciałbym ich teraz zobaczyć, grających ten materiał na żywo.

A to nie koniec niespodzianek, bowiem mamy tu również klasycznie rockowy numer, z akustyczną partią gitarową, oraz całkowicie akustyczną piosenkę z czystym wokalem Austina. TITD umiejętnie operuje emocjami, są fragmenty niepokojące, melancholijne, są charakterystyczne wściekłe partie i rock’n’rollowy luz.

Wszystko, co dotąd napisałem, ma nikłe znaczenie wobec faktu, że płyty tej po prostu świetnie się słucha. Ja w każdym razie odtwarzam album w pętli. Steve Austin podsumował proces rejestracji mówiąc, że tym razem zespół chciał pójść na żywioł, tak by nikt nie musiał zagłębiać się w struktury utworów, a zamiast tego dał się zwyczajnie porwać muzyce. Zwłaszcza teraz, gdy wokół słyszy się mnóstwo wysublimowanych muzycznie tworów, które grają technicznie, ale poza techniką nic z tego nie wynika. W jednym z wywiadów Austin powiedział: "możesz sobie żartować, że coś na tej płycie brzmi jak Ted Nugent, ale będzie to miało swój charakter". Ta sztuka chłopakom się udała, nagrali prosty, bezkompromisowy, szczery album, z rock’n’rollowym feelingiem. Całość wyszła bardzo naturalnie.

Sebastian Urbańczyk