Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / One Bullet Left

One Bullet Left - Sinner

One Bullet Left

Wykonawca:

Sinner

Gatunek:

Heavy metal

4 /10

Podobno rock and roll jest niczym Lenin - wiecznie żywy. Klimaty lat, powiedzmy, osiemdziesiątych nadal są popularne i często wykorzystywane, bo w końcu klasyka to klasyka. Tylko w niektórych przypadkach rodzi się pytanie: po co?

Sinner mniejszą lub większą renomę wyrobił sobie już jakiś czas temu. Niemniej jednak spędzając kilka ładnych godzin przy ich najnowszym wydawnictwie zaczynam się zastanawiać, czy to już tylko jechanie na opinii, czy jeszcze resztka przebłysków świetności. Po naprawdę dłuższej chwili dywagacji na ten temat odnoszę wrażenie, iż niestety, opcja pierwsza jest bardziej prawdopodobna.

Problem z tym albumem jest taki, że jest całkowicie nijaki i... po prostu sobie płynie, kawałki przelatują jeden za drugim i... płyta się kończy. Nie wiadomo kiedy i dlaczego. Owszem, przy porządniejszym skupieniu się utwory przestają się zlewać w jedną dość nijaką całość, ale czy naprawdę należy poświęcać większą część swojego umysłu tylko po to, aby zauważyć jakąś różnicę pomiędzy numerami?

Nie chciałabym być źle zrozumiana, ta płyta jest naprawdę bardzo przyzwoicie nagrana, odśpiewana i ułożona. Tyle tylko, że wszystko tu jest płaskie niczym klatka piersiowa Kate Moss, czego najlepszym przykładem jest utwór "Haunted". Nudny, wyjątkowo wymęczony i przeciętny. Nawet cover "Atomic Playboys", który wydawałoby się ciężko spaprać jest zupełnie ogołocony ze swojego pazura, zadziorności i przekory. Ot, odegrany, przyklepany i tyle. Aż łzy żalu pojawiają się w mych recenzenckich oczach. Jasne, nie każdy jest Steve'em Stevensem, ale bez przesady - po co w takim razie porywać się z motyką na słońce?

Warstwa liryczna sobie jest, przepływa razem z piosenkami i właściwie niewiele więcej można o niej powiedzieć. Teksty nie są skończonymi gniotami, ale zupełnie niczym się nie wyróżniają. Tak samo jest z wszystkimi instrumentami. Są solówki (nudne jak 150), jest perkusja, która gdzieś tam sobie pyka w tle z pominięciem pasjonujących łamań, czy przejść. Wokal częściej jest męczący, niż przyjemny czy chociaż zaskakujący.

Na "One Bullet Left" największym przestępstwem jest całkowita wtórność materiału. To wszystko było już grane tyle razy, że nie starczy palców do liczenia, nie wyróżnia się tu absolutnie nic. I chociaż myślę, że te klasyczne klimaty mają jeszcze spory i niewykorzystany potencjał, tutaj tego nie znajdziemy. Wprawdzie te kompozycje nie są równie koszmarne jak dźwięk styropianu jadącego po szybie, to po prostu pan Sinner z zespołem wydał produkt płytopodobny. Ot, kolejna muzyczna misja samobójcza.

Julia Kata