Kup Magazyn Gitarzysta

Th1rt3en - Megadeth

Th1rt3en

Wykonawca:

Megadeth

7 /10

Pewnego dnia, roku pańskiego 1983, Dave Mustaine otworzył oczy i zobaczył nad sobą kolegów z zespołu Metallica, którzy oświadczając mu "You're not in the band anymore" wysadzili go z busa po środku jakiegoś amerykańskiego zadupia. Powrót do domu zajął mu trzy dni. W ciągu tych trzech dni w jego głowie powstał Megadeth (zapewne czwartego dnia Dave odpoczywał).

I jakkolwiek Bóg tworzył Świat w sześć dni, to dzieło jego oparte było na miłości. Paliwem dla nowego zespołu Mustaine'a, przez szereg lat była nienawiść, która przepuszczona przez filtr wściekłości dała nam perełki zawarte na pierwszych krążkach. Dzisiejszy Dave to nawrócony chrześcijanin, człek pogodzony z życiem, stroniący od używek, propagujący zdrowy styl życia i ekologiczne szampony do włosów, który przebaczając dawnym wrogom grał z nimi na trasach Big 4, a w ostatnim Guitar World pozuje nawet do zdjęć z Jamesem Hetfieldem, popatrując nań z lubością. W takich oto okolicznościach trafia do naszych rąk album "Th1rt3en".

Piszę o tym wszystkim, bo po trzynastym przesłuchaniu wspomnianej płyty nie mogę oprzeć się wrażeniu, że... to znajduje swe odbicie w muzyce, zupełnie jakby zmieniło się napędzające zespół paliwo. Płyta jest równa, gładka, poprawna i pozbawiona burzliwych przejść. Trudno w zasadzie coś z niej zapamiętać - brakuje haczyków, których było kilka na "United Abominations" czy "Endgame" - płytach, które moim zdaniem ożywiły nieco zespół po zapaści trawiącej go co najmniej od czasów "Youthanasii" (choć niektórzy twierdzą nawet, że prawdziwe Megadeth skończyło się już na "Rust in Peace").

Co więcej, nie jest to materiał w 100% nowy. "New World Order" i "Millennium of the Blind" to przearanżowane wersje utworów opublikowanych już na zremasterowanej reedycji "Youthanasii" z 2004. "Black Swan" to bonus track z pre-orderu "United Abominations" z 2007. Można się zastanawiać, czy odrzucone niegdyś z oficjalnych wydawnictw kawałki nie powinny na zawsze zostać exclusive'ami i czy ich załączenie nie miało dopełnić liczby 13 na trackliście. W każdym razie na tle nowych kompozycji prezentują się dość blado - może za wyjątkiem "Millenium...", bo to dość dobry utwór sam w sobie. Ale przecież... to już było. Z kolei "Sudden Death" to znany już chociażby z Guitar Hero, zeszłoroczny singiel, będący świadkiem powrotu basisty z oryginalnego składu. I? Zespół tylko na tym zyskał - jego charakterystyczny growl ożywia muzykę i przypomina stare, dobre czasy. Ma się wrażenie, że Mustaine i Ellefson to dwa dobrze dotarte trybiki. Natomiast przystojniak Broderick, skoro jesteśmy przy składzie, sprawia raczej zawód. Jego partie są chłodne i przewidywalne, pełne jałowych, modalnych przebiegów, świadczących o długich i samotnych godzinach spędzonych na pracy z metronomem. Próżno tu szukać egzotycznych wycieczek po japońskiej skali Hirajoshi, jakimi niegdyś Friedman robił z dobrej muzyki, muzę wręcz doskonałą. Na płycie zdarzają się oczywiście "momenty", takie jak solo z "We The People", chwytliwa melodia refrenu z "13-tki", wiercący riff z "Never Dead", przywodzący na myśl klimat albumu "Rust in Peace", intro do "Fast Lane", czy riff o punkowym zacięciu z "Whose Life". Kilka fraz podąża też w zupełnie nowych kierunkach, jak galopujący, heavy metalowy riff w stylu Dio w "Public Enemy No.1" czy wręcz korzennie rock n rollowy puls "Wreckera". Natomiast jeśli miałbym wyróżnić jakiś jeden, jedyny utwór w całości, byłby nim bez wątpienia "We The People" - intrygujący tekst, ciekawe riffy, fajne zmiany harmoniczne i wspomniane już solo, a na końcu niepokojące arpeggia (czyżby ostrzeżenie przed kreśloną w ostatnich wersach niewesołą przyszłością?). To właśnie mój ulubiony Megadeth i to w dobrej formie.

Johnny K w roli producenta, znany z chociażby Disturbed i Machine Head, staje na wysokości zadania - album brzmi niezwykle dynamicznie, selektywnie i zachęca do śmiałego odkręcenia gałki VOL. we wzmacniaczu. Być może to sprawia, że mimo wszystko "Th1rt3en" potrafi dać sporo radości i chce się dalej słuchać jedynego w swoim rodzaju głosu "Rudego". Bądź co bądź, to nadal brzmi jak dobry, stary Megadeth, choć tym razem bez nadzwyczajnych uniesień.

Krzysztof Inglik