Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Sweet Noise

Sweet Noise - My Riot

Sweet Noise

Wykonawca:

My Riot

7 /10

Muszę przyznać, że do tej recenzji zabierałam się jak pies do jeża. Nowy projekt Glacy budził we mnie bardzo sprzeczne odczucia. Bo z jednej strony z rebelianckiej postawy wobec całego świata wyrosłam już kilka lat temu, a z drugiej, solidna dawka buntu jest czasem bardzo przydatna.

"Sweet Noise" jest krążkiem kontrowersyjnym, możliwym do interpretacji na naprawdę wiele sposobów. W naszym kraju (i chyba nie tylko tu) ogromna machina promocyjna zazwyczaj kojarzy się z marną jakością produktu. Trzeba trąbić o nim wszędzie gdzie się da, aby opchnąć cały nakład. A recenzowany album miał niesamowitą promocję medialną, było o nim bardzo głośno jeszcze na długo przed premierą.

Tyle tylko, że wszystko można odczytać w pozytywnym, albo negatywnym świetle. Jedni powiedzą, że Glaca odcina kupony od swojej sławy i poprzedniego zespołu i jeśli nazwa My Riot nikomu nic nie będzie mówić, to już ze Sweet Noise nie będzie takiego problemu. Ja jednak pragnę wierzyć, że nie chodzi tu o przejażdżkę na dawnej sławie, a o ukłon w stronę tego, co robiło się kiedyś.

"Sen" wzbudził sporo kontrowersji, ja sama przez dłuższą chwilę nie mogłam się przekonać do tego kawałka. Ale po kilkukrotnym przesłuchaniu uznałam, że jestem zdecydowanie na tak. Świetnie wyprodukowany, z sensem, przyjaznym teledyskiem - prostym, ale konkretnym. I tak jest z większością utworów na "Sweet Noise". Teksty, utrzymane w buntowniczym i w jakiś sposób odcinające się od populistycznego myślenia, są przede wszystkim bardzo bezkompromisowe. Glaca przedstawia niezwykle jasno i dobitnie swoje poglądy, nie pozostawiając za bardzo miejsca dla wyobraźni. Tu wszystko jest wywalone na wierzch i jasne.

Myślę, że warstwa liryczna jest dobrym przekazem dla powiedzmy nastoletniego słuchacza, chociaż z wieloma kwestiami się utożsamiam, pomimo wieku znacznie przekraczającego naście lat. Pewne tematy trzeba poruszać ile wlezie. Bo, gdy w XXI wieku rasizm, czy gnojenie mniejszości (jakiekolwiek by one nie były) są czymś naturalnym, a nie obrzydliwym ewenementem, to chyba każdy przekaz o równości jest potrzebny.

Muzycznie jest zdecydowanie równo. Sporo elektroniki, ładnie uwypuklona gitara. Brakuje nieco perkusji, ale z drugiej strony gdyby dorzucić jej za dużo, to ze względnie przyjemnego brzmienia zrobiłby się kociokwik. Tyle tylko, że takie elektroniczne, bardzo dynamiczne granie nie jest na pewno interesujące dla wszystkich. Fani klasycznego łomotu mogą poczuć się lekko zawiedzeni.

Należy również wspomnieć o tym, że o ile zawartość może być kwestią dyskusyjną i nie każdy musi być nią zachwycony, to trzeba wspomnieć o jakości wydawnictwa. Płytka jest wyprodukowana na naprawdę światowym poziomie. Podobnie ma się rzecz z okładką. Porządny materiał, solidna książeczka, która jednak niestety została przyklejona na amen do tekturki. Nie jest to najwygodniejsze rozwiązanie, ale chyba nie można mieć wszystkiego. Dokładając do tego niezły zestaw gości z różnych bajek (i nie mam tu na myśli Smerfów) mamy zestaw, który może zwrócić uwagę słuchacza zarówno w kontekście estetycznym i muzycznym.

Jedynym mankamentem, na który nie jestem w stanie przymknąć oka, to długość "Sweet Noise". Tego materiału jest po prostu za dużo. Nie twierdzę, że połowa kawałków powinna polecieć do kosza, ale nadmiar radości oznacza ból zębów i zwyczajnie męczy. Po prostu opowiadam się za większą selekcją.

O "Sweet Noise" jednak nie można pisać tylko w kategoriach "to jest dobry krążek", "to jest zły krążek". Bo tu nie o samo CD chodzi. Muzycy bardzo mocno zaangażowali się w promowanie wydawnictwa, dyskutowali z fanami, budowali napięcie. Pojawiło się kilka gadżetów związanych z płytą, bardzo liczne informacje o mniej lub bardziej ważnych kwestiach związanych z premierą. I to wszystko znacząco wpłynęło na odbiór materiału.

Ten album jest potężnym ładunkiem emocji, o które przecież tak naprawdę chodziło. Chyba nikt nie oczekiwał gładkiego, uroczego albumiku, który będzie traktował o radości i Kucykach Pony wesoło hasających na tle tęczy. Jest dobitnie, jest z całkiem przyzwoitym polotem i chociaż oczywiście ta płyta na pewno będzie miała zbliżoną liczbę fanów i antyfanów, to fajnie, że coś takiego wyszło. Nieco inna jakość i podejście do muzyki (w granicach rozsądku) zawsze są mile widziane. Spędziłam z tym albumem sporo czasu i pomimo tego, że nie będę jego największą fanką, to jeszcze długo będę się uśmiechać na widok plakatu My Riot wiszącego na Moście Gdańskim.

Julia Kata