Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Out Standing In Their Field (Special Deluxe Edition)

Out Standing In Their Field (Special Deluxe Edition) - Steve Morse Band

Out Standing In Their Field (Special Deluxe Edition)

Wykonawca:

Steve Morse Band

Gatunek:

Rock

7 /10

Płyta pod tytułem "Out Standing In Their Field" pierwotnie wydana została w 2009 roku i była recenzowana na łamach naszego portalu. Teraz ukazuje się ponownie, tym razem w wersji 'special deluxe', wzbogacona o krążek z koncertem w Baden-Baden z 1990 roku.

Nie jest to zupełnie premierowy materiał, bowiem razem z obrazem można było tego posłuchać na wydanej kilka lat temu płycie DVD "Live in Germany 1990". Ktoś, kto przegapił wspomniane wydawnictwa, teraz dostaje wszystko w jednym pudełku. Ci wszyscy zaś, którzy mają oba krążki, mogą sobie zakup 'special deluxe' darować. Całość sprawia wrażenie próby wyciągnięcia kasy dwa razy za to samo, ale nie bądźmy małostkowi. Umieszczenie w jednym zestawie płyty studyjnej oraz nagranej live ma swoje zalety. Dociekliwy słuchacz, po wysłuchaniu jedynki, może się zastanawiać, jak trio brzmi na scenie, kiedy nie ma do dyspozycji technicznych możliwości oferowanych przez studio. Odpalając drugą płytę można znaleźć odpowiedź, zwłaszcza, że na obu krążkach Morse’owi towarzyszy ta sama sekcja rytmiczna, to jest: Dave Larue - bas i Van Romaine - perkusja. Wprawdzie nie znajdziemy powtarzających się utworów, więc i porównanie jest raczej nie wprost.

Co do płyty nr 1, można o niej poczytać we wspominanej wyżej recenzji. Ja ze swej strony chciałbym zwrócić uwagę na zupełnie wyjątkowe partie basu. Basówka występuje tu bowiem nie tylko jako ważny element sekcji rytmicznej, ale też jako instrument solowy, a czasem wręcz kreujący i prowadzący linię melodyczną. Pięknym przykładem jest "Baroque ‘N Dreams" (wyłącznie gitara i bas, w klasycyzującym w charakterze utworze), solo w "John Deere Letter" czy też dialogi z gitarą w "Name Dropping". Bez wątpienia Dave Larue wykonał kawał dobrej roboty.

Nagrania z obu krążków dzieli 19 lat. Czy słychać ten upływ czasu? Raczej nie, bo cała trójka już w 1990 roku była doświadczonymi muzykami. Trudno oczekiwać, by przez ten czas nabrali jeszcze większej ogłady muzycznej czy bardziej usprawnili swój warsztat techniczny. To, co wyraźnie różni oba krążki, to z pewnością stylistycznie inny repertuar. Jedynka jest mocniejsza, przeważają utwory utrzymane w hardrockowym anturażu. Dwójka jest pod tym względem bardziej urozmaicona, mamy tu bowiem i spokojne, balladowe utwory ("Country Colors", "Highland Wedding"), mocno podszyte country ("Cruise Missle", "General Lee"), jak też jazzująco-funkujące kawałki ("Ice Cakes"). Nie zabrakło i tych szybkich, dynamicznych ("Sleaze Factor", "Tumeni Notes"). Pewnym wytłumaczeniem tego faktu może być to, że koncert wydany na płycie nr 2 nagrano, zanim Steve Morse został członkiem legendarnego Deep Purple. Stąd, być może, nie ma tam aż tyle hardrockowego grania, jak na jedynce. Można przypuszczać, że lata mocnego łojenia odcisnęły na nim swe piętno. To jednak tylko moja osobista teoria, która wcale nie musi być trafna.

Na obu krążkach zamieszczono aż 23 kompozycje, które w sumie dają całkiem dobry obraz muzycznych zainteresowań i fascynacji Steve Morse'a. Podoba mi się, że nie kreuje się on na gitarowego fightera, jak choćby Vai czy Satriani. Nie epatuje ekwilibrystycznymi instrumentalnymi popisami, szybkostrzelno-wyścigowymi solówkami czy innymi podobnymi tanimi chwytami. Czyste, rzetelne gitarowe granie, podparte bardzo dobrą sekcją rytmiczną.

A tak na marginesie, Steve Morse wykazuje sporą aktywność, czy to w swoim zespole, czy w projekcie Angelfire (debiut płytowy w 2010 roku), Roger Glover i Don Airey wydali w 2011 roku solowe płyty, natomiast Ian Gillan wspólnie z Tony'm Iommi działa pod szyldem "Who Cares", ale wszyscy razem - jako Deep Purple - od lat nie mogą niczego nowego stworzyć. W pojedynkę się da, a w zespole już nie? Czyżby po latach zanikła twórcza chemia między panami? Jeśli tak, wielka szkoda.   

Robert Trusiak