Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Green Naugahyde

Green Naugahyde - Primus

Green Naugahyde

Wykonawca:

Primus

8 /10

Bądźmy szczerzy, Moi Drodzy - nowe, młode zespoły rockowe zazwyczaj nie kopią nas po tyłkach, nie sprawiają, że mamy ochotę pomachać włosami (ja nawet, gdybym miał, to nie pomacham). Co za tym idzie starzy wyjadacze zmuszeni są wrócić i pokazać dzieciakom, jak to się robi.

Najpierw byli Alice In Chains, potem Faith No More, a ostatnio Jane’s Addiction i bohaterowie tego tekstu - Primus. Szalona paczka Lesa Claypoola dwanaście lat po płycie "Antipop" wraca z nowym, naprawdę dobrym materiałem. Zobaczmy z czym je się "Green Naugahyde".

No dobra, z tym "ostatnio" trochę przesadzam, wszak Primus reaktywował się już osiem lat temu, niemniej przez ten czas nie wydał ani jednego w pełni premierowego materiału. Tym razem, co może sugerować tytuł płyty, powraca w oparach "trawiastego" dymu , by zaserwować nam 50 minut pokręconych wynurzeń liryczno-dźwiękowych. Tytuły "Eyes of the Squirrel", "Salmon Men" czy "HOINFODAMAN" świadczą same za siebie - Claypool i spółka znów mieli te swoje nienormalne, psychodeliczne wizje i znów postanowili zatruć nam nimi łby.

Les twierdzi, że "Green Naugahyde" to powrót grupy do korzeni, do pierwszej płyty "Frizzle Fry", głównie ze względu na obecność Jaya Lane’a, a więc podstawy sekcji rytmicznej Primusa. Pomiędzy basistą a wspomnianym pałkerem daje się wyczuć tą specyficzną chemię, dzięki której trio z San Francisco zdobyło uznanie. Weźmy rewelacyjny numer dwa: "Hennepin Crawler" - Claypool szaleje na przesterowanym basie co i rusz szarpiąc biedne cztery struny, Lane dzielnie łamie rytm, a całość dopełnia funkująca gitara Larry’ego LaLonde. Do starych czasów nawiązuje też "Last Salmon Man", będący czwartą częścią "Kronik rybaka", które ostatnio mieliśmy okazję posłuchać w 1993 na "Pork Soda". Masywny, kroczący rytm i grająca fajne wysokie dźwięki gitara to najbardziej charakterystyczne motywy tego kawałka.

Ale Primus nie żyje tylko przeszłością - kolesie potrafią przedstawiać swoją muzyczną chorobę psychiczną na coraz to nowe sposoby. W takim "Eternal Consumption Engine" wprowadzają klimat cyganerii i kabaretu (teatralne zaśpiewy i histeryczne "Everything’s made in China"), który Lane sympatycznie podbija na perkusjonaliach, właściwie nie dotykając werbla. Podobać może się kapitalny hard rockowy riff w "HOINFODAMAN", który w specyficzny dla siebie sposób neutralizuje Claypool wiercąc nieprzyjemnie (mam na myśli pozytywne znaczenie tego słowa - o ile takowe istnieje) swoim basowym motywem. Świetnie prezentuje się "Jilly’s On Smack" - długie dźwięki Lesa, mantryczny, tajemniczy motyw  LaLonde’a i bicie Lane’a z gęstym użyciem talerzy - rewelacja!

"Green Naugahyde" jest materiałem uszytym na miarę potrzeb zarówno fanów, jak i samej kapeli. Panowie bawią się dobrze, strzelają pomysłami, dając przy tym słuchaczom radość z odkrywania kolejnych zagrywek. Tego oczekiwałem po udanym powrocie legendy, dlatego w nagrodę obdarowuję Primusa ładną oceną.

Jurek Gibadło