Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Temple of Rock

Temple of Rock - Michael Schenker

Temple of Rock

Wykonawca:

Michael Schenker

Gatunek:

Hard rock

8 /10

Na pierwszy rzut oka tytuł płyty może wydawać się z lekka buńczuczny i pretensjonalny, ale jak pisze Schenker na swojej stronie internetowej "Świątynia rocka jest we mnie, tam gdzie tworzę".

Więcej o Michaelu można przeczytać w sieci, dlatego pominę historię jego życia i kariery zawodowej. To nie jest album sygnowany nazwą Michael Schenker Group stąd zapewne aż tylu zacnych gości, że wymienię tylko: Rudolf Schenker (Scorpions), Pete Way (UFO), Neil Murray (Black Sabbath, Whitesnake), Chris Glen (MSG), Simon Phillips (Toto, The Who, Judas Priest), Chris Slade (AC/DC), Don Airey (Deep Purple, Rainbow), Brian Tichy (Whitesnake, Foreigner, Billy Idol, Ozzy Osbourne), czy Carmine Appice.

Po króciutkim, smyczkowym intro z przemową wygłoszoną przez Williama Shatnera (filmowy Kapitan Kirk ze Star Treka) rozpoczyna się hard rockowa nawalanka w starym dobrym stylu. Lubię takie granie, lubię takie tempo, a szybko i dziarsko jest od samego początku. Co prawda, te pierwsze kompozycje nie powalają na kolana, ale jest solidnie i we właściwej konwencji. Jeden z lepszych utworów na płycie to z pewnością "The End Of An Era" z gościnnym udziałem Dona Aireya na Hammondzie B3 i Carmine Appicem młócącym na dwie stopy na perkusji. Zaraz potem utrzymany w podobnym tempie "Miss Claustrophobia". Uspokojenie szaleńczego tempa daje dopiero numer siedem na "Temple of Rock" czyli "With You". Całkiem udana ballada niestety z wkurzającym wokalem. Na drugiej gitarze zagrał słynniejszy z braci Schenkerów czyli Rudolf.

Doggie White w świetnym "Before The Evil Knows You’re Dead" pokazuje dobitnie jak się powinno śpiewać hard rocka i niech Michael Voss wyciągnie z tego naukę (w co szczerze wątpię). Na perkusji zagrał Brian Tichy. A właśnie, perkusja. Do współpracy przy nagraniu albumu zaprosił Schenker aż pięciu bębniarzy, no i słychać różnicę. Możliwość podziwiania na jednym krążku takich asów jak Carmine Appice, Brian Tichy, Simon Phillips czy Chris Slade jak dla mnie, miłośnika tego instrumentu, to prawdziwa uczta. W tym korespondencyjnym pojedynku zdecydowanie najsłabiej wypada były pałker Scorpionsów Herman Rarebell. Wyraźnie odstaje od reszty a dodatkowo w utworach "Fallen Angel", "Saturday Night" czy "Hanging On" funduje nieciekawe brzmienie perkusji (tylko czy aby to wyłącznie jego "zasługa"?).

Jako przeciwwagę warto wskazać Carmine Appice grającego gęsto, mocno, z niesamowitym powerem ("The End Of An Era", "Remember"). Dobrze, że czasami Schenker decyduje się na złamanie hard rockowego łojenia jak np. w "Scene Of Crime" dodając orientalno brzmiące wstawki i partię fletu, na którym zresztą sam zagrał, czy w "Storming In" wykorzystując gitarę akustyczną. W "Lover’s Sinfony" zaśpiewał Robin McAuley, czyli stary znajomy Michaela z McAuley Schenker Group i ponownie nachodzi mnie refleksja, że wokalista Michael Voss to najsłabsze ogniwo. Utwór "How Long" pojawia się w dwóch wersjach. Ta druga, nazwana "3 generations guitar battle" to zgodnie z podtytułem gitarowy pojedynek trzech generacji muzyków: Michael Amott (najmłodszy), Michael Schenker (średniak), Leslie West (najstarszy). Na szczęście nie jestem sędzią i nie muszę rozstrzygać kto tę batalię wygrał. Ale gitarowego łojenia ku uciesze słuchacza całkiem sporo. Chociaż chciałoby się jeszcze więcej.

Kompozytorem całości materiału jest Michael Schenker. Również on do spółki z Michaelem Vossem odpowiada za produkcję i miksy. No i oczywiście gra na gitarze, pokazując swój warsztat z bardzo dobrej strony. Ale to chyba nie jest specjalnym zaskoczeniem bo gitarzysta z niego wyborny. Przy czym uczciwie trzeba przyznać, że nie ma tu przesadnego epatowania technicznymi zagrywkami, taka rzetelna gitarowa robota z krótkimi, zwartymi solówkami.

Z lekka irytuje mnie wokalista Michael Voss z tą swoją nieznośną manierą. Czasem po prostu przesadza usilnie "pogrubiając" lub "przychrypiając" swój głos ("Fallen Angel", "With You"). Kiedy śpiewa bez tych "udziwnień" np. w "Remember" brzmi to zdecydowanie lepiej. Szkoda, że Doggie White pojawił się tylko w jednym utworze. Kawałki typu "Miss Claustrophobia" z jego wokalem z pewnością wypadłyby jeszcze okazalej. "Razem z tym albumem wkraczam w nowy etap mojego życia, to nowy poziom istnienia pozwalający cieszyć się życiem bardziej niż kiedykolwiek", napisał na swojej stronie internetowej Michael Schenker. Słowa ważne zwłaszcza w kontekście jego bujnej i niezbyt chwalebnej przeszłości.

Wersja albumu "Limited Edition" razem z bonusami trwa dość długo bo trochę ponad godzinę, ale czas spędzony z "Temple of Rock" z pewnością nie należy do straconych. Solidna porcja klasycznego hard rocka na bardzo dobrym poziomie, ozdobiona kilkoma bardzo udanymi kompozycjami. Niestety ocenę całości zaniża mocno średni wokalista Michael Voss.

Robert Trusiak