Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Reborn In Defiance

Reborn In Defiance - Biohazard

Reborn In Defiance

Wykonawca:

Biohazard

Gatunek:

Hardcore

5 /10

Weterani z Brooklynu wracają z dziewiątym albumem. Sporo było zamieszania wokół zespołu w ostatnim czasie.

Najpierw rozeszła się wieść, że skrzyknęli się w składzie, który nagrywał najlepsze płyty ("Urban Discipline", "State Of The World Address"). Później, że zespół opuścił jeden z filarów - Evan Seinfeld. Być może hardcore interesuje go już tylko w branży porno. W związku z zapowiedziami muzyków o powrocie w lata ’90 oraz obecnością Hambela, oczekiwania były spore.

W ostatnich kilkunastu miesiącach nowe płyty wydawali weterani NYHC: Sick Of It All, Madball i Agnostic Front. Ich wydawnictwa były albo dobre, albo bardzo dobre. Jak, na tle wspomnianych,  prezentuje się nowy Biohazard? Trzeba uczciwie powiedzieć, że średnio. Można mówić nawet o rozczarowaniu. I to całkiem sporym.

Największą wadą "RID" jest jego przeciętność. Brak jakiejś jednej, określonej wizji, co miałby zawierać ten krążek. Wreszcie, (kiepskie) brzmienie w żaden sposób nie ratuje numerów, w których tkwi jakiś potencjał. Cała para poszła w gwizdek.

Starzy fani na pewno nie będą czuli satysfakcji, słuchając nowego Bio; nowych też z pewnością nie przybędzie. Zespół brzmi, jakby zatrzymał się pod koniec lat ‘90. Moda na nu metal szczęśliwie minęła, ale chłopaki chyba tego nie zauważyli. Była szansa na sentymentalną podróż, ale niestety została zmarnowana. Zdarzają się niezłe numery, jak "Come Alive" czy "Vengeance Is Mine", marne brzmienie sprawia jednak, że gdzieś wszystko się rozmywa, uwaga słuchacza ucieka. Kawałki mijają, ale ciężko się o cokolwiek zaczepić, co mogłoby sprawić, że chciałoby się do tego albumu powracać. "Reborn In Defiance" można przesłuchać raz, postawić na półce i zapomnieć. Zdecydowanie zabrakło pomysłu. Płyta nie wytrzymuje konkurencji z produkcjami młodych, jak Bitter End czy Trapped Under Ice, by nie szukać daleko. Śpiewanych, właściwie rockowych refrenów w ogóle nie rozumiem. Ballady? Nuda.

Kilka kawałków nie ratuje tego albumu, nie ma takiej siły, żeby te udane fragmenty zrekompensowały miernotę, jaka wypełnia resztę wydawnictwa. Wielka szkoda. Jak nie ma się pomysłu na granie, lepiej zrobić sobie przerwę. Płyta dla nikogo.

Sebastian Urbańczyk