Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / A Place to Call My Unknown

A Place to Call My Unknown - Cult of Erinyes

A Place to Call My Unknown

Wykonawca:

Cult of Erinyes

Gatunek:

Black metal

8 /10

Czy zastanawialiście się kiedyś, co znajduje się pomiędzy obiema stronami lustra? Albo jak określić punkt w podróżach Alicji pomiędzy światem rzeczywistym i po przedostaniu się do króliczej nory?

Za dobrą ilustrację tych dylematów może uchodzić struktura albumu "A Place To Call My Unknown" zespołu Cult Of Erinyes.

Wydany w ograniczonym nakładzie materiał składa się z dziewięciu kawałków, które z chirurgiczną precyzją zostały rozdzielone piątym w trackliście "Permafrost". Jest to instrumentalny utwór elektroniczny nacechowany tajemniczym klimatem złożonym z klawiszowych efektów. Gdyby komukolwiek przyszło zmierzyć się z tylko i wyłącznie z "Permafrost" to bez wątpienia doszedłby do wniosku, że Cult Of Erinyes nie ma nic wspólnego z black metalem. Tym ważniejsza jest jego obecność na "A Place To Call My Unknown" i dlatego też wspomniałem o jego roli na krążku, bowiem przemyślany układ kompozycji wydaje się niezwykle atrakcyjny dla słuchacza.

Tym bardziej, że pochodzący z Brukseli zespół w dwóch dopełniających się częściach albumu nie oszczędził instrumentów. Premierowy materiał skomponowany przez trio muzyków podpisujących się pseudonimami Corvus (gitara, bas, klawisze, efekty), Mastema (wokal) i Baal (perkusja) został określony przez wytwórnię LADLO Productions mianem Ritualistic Black Metalu. Cokolwiek by ta nazwa nie wnosiła do powszechnie przyjętych definicji metalu, należy autorom "A Place To Call My Unknown" oddać, że pomimo zaledwie kilkuletniego ogrania w formacji o nazwie Psalm już teraz dysponują przejrzystą wizją muzyki, którą chcą tworzyć.

Na krążku znalazły się cztery rozbudowane utwory ("Call No Truce", "Insignificant", "Black Eyelids" oraz "Last Light Fading"), w których dominują mocne i ciężkie zestawy gitarowo-perkusyjne prowadzone w niejednostajnej konwencji. Zespół na tyle sprawnie operuje tempem kompozycji, że nie sposób się na tym albumie nudzić. Dużo radości sprawiają liczne zmiany wątków i gwałtowne przejścia pomiędzy poszczególnymi sekcjami instrumentalnymi. Ważną rolę pełni może niezbyt zróżnicowany, ale dosadny i agresywny wokal. Na tle wymienionych tracków trochę gorzej wypadły pozostałe cztery krótsze utwory o relatywnie prostych strukturach, ale taki stan rzeczy jest efektem kontrastu wynikającego z wysokiego poziomu pozostałej części płyty.

Następca ubiegłorocznej, debiutanckiej EP "Golgotha" dowodzi zdecydowanego progresu, jeśli chodzi o warstwę kompozycyjną materiału. Nie chodzi mi tylko o już wspominane rozbudowane konstrukcje utworów, ale również, a może i przede wszystkim, ilość środków, które się w nich znalazły. Poza, trywialnie rzecz ujmując, standardowymi black metalowymi patentami, muzycy Cult of Erinyes śmiało wzbogacili swoje utwory rozsądną porcję ambientu i efektów dźwiękowych. Ze względu na ilość i natężenie smaczków i pomysłów, premierowy album Cult of Erinyes sprawia wrażenie jakby trwał co najmniej sześć, a nie trzy kwadranse. Jego klimat przytłacza i wsiąka w słuchacza niczym deszcz we włosy Zbigniewa Wodeckiego.

Przemyślana struktura materiału uwydatniła najważniejsze walory zespołu z Brukseli - umiejętność tworzenia rozbudowanych form, silny i bezkompromisowy przekaz oraz nieulotny klimat. Podsumowując, "A Place to Call My Unknown" to rzecz nie do pogardzenia dla fanów black metalu gustujących w depresyjnych i pogrzebowych dźwiękach.

Konrad Sebastian Morawski