Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Baboon Moon

Baboon Moon - Nils Petter Molvaer

Baboon Moon

Wykonawca:

Nils Petter Molvaer

Gatunek:

Jazz

10 /10

Z jazzem jak z black metalem - najlepszy jest z Norwegii. Wygłupiam się oczywiście, choć faktycznie, jeśli coś z tej półki muzycznej trafia do mojego stereo i jednocześnie przemawia do mnie, są to zazwyczaj wykonawcy pochodzący właśnie z tego północnego kraju.

Pod koniec ubiegłego roku wpadła w moje ręce ósma studyjna, solowa płyta norweskiego trębacza. W mojej opinii, najlepsza w jego dyskografii.

Molvaer przez lata przyzwyczajał słuchaczy do specyficznego przestrzennego soundu, na który składały się: charakterystyczne brzmienie trąbki oraz programowanej elektroniki. Na ostatnim albumie  (Hamada, 2009) odszedł od tego, stawiając na bardziej surowy sound. Na "Baboon Moon" dokonał małej rewolucji personalnej, żegnając się z wieloma muzykami, z którymi współpracował przez lata. Tym razem zaprosił do współpracy gitarzystę Stiana Westerhusa (ex-Jaga Jazzist) oraz perkusistę Erlanda Dahlena (Madrugada). Nie wiem,  jakiż to małpi nastrój panował w studio, ale to, co zgotowało to trio przeszło wszelkie oczekiwania. "Baboon Moon" to dość przewrotny tytuł, zważywszy, że na płycie dominuje nastrój skupienia.

Molvaer i spółka malują muzyczne pejzaże. Najnowsze video do utworu, otwierającego album ("Mercury Heart") świetnie obrazuje klimat tego dzieła. Biała noc, daleka północ, surowy krajobraz i trzech muzyków zamkniętych w domu z drewna, z wielkimi, przeszklonymi oknami. Słowem, powrót do domu po "pustynnej" płycie ("Hamada").

Muzycy otoczyli się niezliczoną ilością sprzętu. Westerhus tworzy niesamowite tła, w czym pomaga mu masa efektów gitarowych, użytych podczas rejestracji albumu. Gra niestandardowo, bardziej 'wydobywa' dźwięki, tworząc podkłady, niż konkretne riffy. Nakładając kolejne warstwy, generowane z gitary, kreuje specyficzny senno-ambientowy klimat. We wspomniane podkłady wplata świetne solówki. Dahlen z kolei używa niezliczonych zestawów perkusyjnych. Jego gra również daleka jest od standardów jazzowych. Najczęściej sięga po masywne, niespieszne uderzenia. Innym razem gra bardziej rockowo; a nad wszystkim dominuje ciepłe, charakterystyczne brzmienie Molvaerowej trąbki, którego nie sposób pomylić z żadnym innym trębaczem. On, podobnie jak pozostali muzycy, korzysta z możliwości studyjnych oraz urządzeń, które pozwalają osiągnąć niezwykłe brzmienia. Tych jest na "Baboon Moon" cała paleta, a jednak ani na moment ta trójka nie gubi się w eksperymentach.  

Zespół Molvaera czaruje dźwiękami, tworząc muzykę, która wymaga skupienia, a jednocześnie pozwala odpłynąć wyobraźni. Bez wątpienia mamy do czynienia z niezwykle utalentowanymi artystami. Za pomocą trzech instrumentów kreują wiele, niedających się zidentyfikować, dźwięków. Prowadzą słuchacza od bardzo konkretnych partii po ambientowe, rozmyte warstwy.

Molvaer stworzył trudną do sklasyfikowania płytę. Nie ma to już wiele wspólnego z jazzem w powszechnym rozumieniu. On sam nazywa to "free, black prog rock". Wielką zaletą "Baboon Moon" jest to, że mimo poniekąd eksperymentalnego podejścia, świetnie się tego słucha. Odtwarzam któryś już raz ten album i wciąż odkrywam nowe. Jedno się nie zmienia, przyjemność z obcowania z twórczością tego trio.

Sebastian Urbańczyk