Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Illud Divinum Insanus - The Remixes

Illud Divinum Insanus - The Remixes - Morbid Angel

Illud Divinum Insanus - The Remixes

Wykonawca:

Morbid Angel

Gatunek:

Electronic

8 /10

Wydając "Illud Divinum Insanus", Morbid Angel świadomie wsadził kij w mrowisko. "The Remixes" to kolejny krok (a właściwie skok) w tym kierunku, paradoksalnie jednak trudno tu o naprawdę kontrowersyjne momenty.

Podtrzymuję tezę, którą wyraziłem w recenzji "Illud Divinum Insanus", że problemem tego albumu nie była sama próba wprowadzenia "techno" nowinek do muzyki formacji, ale ich jakość. Rezultat eksperymentów okazał się tam bowiem wybitnie nieświeży i po prostu nieudolnie zrealizowany. Rzuciło się to cieniem na pozostałą, bardziej 'morbidowską' część płyty, która zdecydowanie zyskuje w warunkach koncertowych (na czele z najbardziej przebojowym kawałkiem w historii zespołu - "I Am Morbid"). Dlatego też byłem bardzo ciekaw, jak zabrzmi album z remiksami, podskórnie czując, że może być całkiem nieźle.

I tak jest rzeczywiście, z prostego powodu - Amerykanie oddali sprawę w ręce zawodowców. Trey i Vincent nie udają tu, że znają się na czymś więcej, poza obracaniem się w wypracowanej od lat deathmetalowej formule, która - choć uwiera już jej twórców - przyniosła im sławę i szacunek fanów na całym świecie. Zaproszeni do udziału w tym przedsięwzięciu fachowcy zabrali się za materiał Morbid Angel po swojemu, z lepszym lub gorszym skutkiem, zawsze jednak bijąc na głowę taneczne poczynania swoich mocodawców z "Illud Divinum Insanus", które przy niektórych zaprezentowanych tu remiksach wyglądają jeszcze bardziej żałośnie. "The Remixes" to udany album, zrealizowany z dużym rozmachem, zwłaszcza w zestawieniu z nieśmiałą i, nie do końca udaną, kolaboracją z Laibach sprzed 18 lat.

Zresztą, historia zatoczyła koło, Słoweńcy rozpoczynają bowiem "The Remixes" swoją wersją "I Am Morbid", której początek brzmi niczym odrzut z "Laibachkunstderfuge". A dalej czeka słuchacza prawdziwe bogactwo dźwięków. 31 kawałków i 143 minuty muzyki, upchane na dwóch krążkach, a jakby tego było mało, bonusowy Dropcard to dodatkowe 8 utworów. Szczerze mówiąc, taka obfitość elektronicznych dźwięków przytłacza i najlepszą na to radą jest aplikowanie sobie "The Remixes" w mniejszych dawkach.

Rzeczą oczywistą w przypadku podobnych składanek jest zróżnicowany poziom kompozycji oraz spora rozpiętość stylistyczna; począwszy od typowej, dyskotekowej techniawy niemal rodem z Ibizy (John Lord Fonda, Scott Brown), poprzez brutalny dźwiękowy atak dla twardzieli (Tim Skold, Chrysalide), mroczną elektronikę (Ahnst Anders, Mixhell), EBM (Chris Pohl, Combichrist), industrial (HIV+, Mondkopf, Treponem Pal), aż po militarny ambient spod znaku Cold Meat Industry (Punish Yourself vs Sonic Area). A pomiędzy nimi, wszystkie możliwe elektroniczne etapy pośrednie oraz  hybrydy. Wśród nich są perełki, jak m.in: cEvin Key /Hiwatt Marshall (jedyna wersja "Omn Potens", tu zatytułowana "OmniDead"), Brain Leisure czy Toxic Engine, przy którym ciężko usiedzieć w miejscu.

O ile jednak pierwszy krążek zasługuje na uwagę w całości, tak im dalej, tym pomysły zaczynają męczyć coraz bardziej. Stało się tak między innymi dlatego, że spora część twórców remiksów poszła na łatwiznę, wybierając najbardziej oczywiste "I Am Morbid" (12 wersji!) czy "Too Extreme" (6), choć świetnie sprawdziły się w nowych aranżacjach rzadziej brane na warsztat "Destructos vs. the Earth", "Radikult" czy "10 More Dead". Pomimo tych mankamentów, jestem jednak zdecydowanie na tak. "Illud Divinum Insanus - The Remixes" trafia do mnie doskonale, a robiłby to jeszcze skuteczniej, gdyby okroić go do, powiedzmy, 20 najlepszych kawałków.  Pozostaje tylko mieć nadzieję, że muzycy Morbid Angel uważnie zapoznali się z tymi remiksami i, jeśli kiedyś znów zapragną eksperymentów na nowym studyjnym albumie, zrobią to w niegorszym stylu.  

Szymon Kubicki