Kup Magazyn Gitarzysta

ZWO - Mech

ZWO

Wykonawca:

Mech

Gatunek:

Heavy metal

8 /10

Historia zespołu Mech sięga zamierzchłych czasów. Na początku swojej działalności wykonywali muzykę z pogranicza rocka i progresywnego grania (przyznawali się wówczas do inspiracji grupą Yes).

W swojej kolekcji mam oba winyle wydane w latach 1982-1983 czyli "Bluffmania" i "Tasmania" dobrze obrazujące ówczesną ich stylistykę. Zawsze podobała mi się ta pełna nazwa zespołu, czyli Zjednoczone Siły Natury "Mech" (w sam raz na określenie bojówki Greenpeace). W połowie lat '80 zespół przestał istnieć. Po długiej przerwie, bo dopiero w roku 2004, reaktywował się. Zmianie uległa nie tylko nazwa (zostało samo Mech), a co najważniejsze styl. Teraz to kapela grająca ciężką odmianę rocka.

Płytę "ZWO" można podzielić na dwie części. Pierwsza to niezwykle ciekawa odmiana heavy rocka z miażdżącymi riffami, jazgoczącymi gitarowymi solówkami, nisko dudniącym basem, szaloną perkusją i bardzo charakterystycznym wokalem Januszki, zresztą często w manierze Ozzy Osbourne'a. Druga część to eksperymenty, niektóre nawet ciekawe, a przynajmniej do akceptacji, inne wręcz odrzucające. Zaczynając od końca, od tych najcięższych grzechów. Pomysłem zupełnie od czapy jest utwór "Kocie kochamcię". To dancingowo brzmiący numer pasujący do całej reszty jak świni grzywa. Jestem pewien, że będzie często i chętnie pomijany przez słuchaczy. Co prawda na siłę można znaleźć jakiś pozytyw, bo całość jest dość ładnie zinstrumentalizowana (saksofon, piano elektryczne, kontrabas, jazzująca solówka na gitarze). Ale to mała pociecha, bo utwór jest kompletną pomyłką.

Pal sześć, gdyby był to tylko jeden taki eksperyment, można byłoby potraktować go jako ciekawostkę, takie puszczenie oka przez zespół do słuchaczy. Ale niestety to nie koniec. Nieco mniej kontrowersyjny jest zamykający krążek industrialnie-męcząco-hałaśliwy "Noise bREKINg". Na  szczęście trwa tylko minutę i dwadzieścia trzy sekundy i da się, zaciskając zęby, wytrzymać. Ostatni z tych eksperymentów to zaśpiewany i zarapowany po francusku "Baise Toi" z gościnnym udziałem Ricky Liona. Nie mam pojęcia, dlaczego sięgnięto akurat po ten język, ale przynajmniej muzycznie mniej więcej pasuje on do tej lepszej części płyty. Więcej grzechów nie pamiętam, bo cała reszta materiału jest wręcz porywająca! Te dynamiczne kompozycje zwyczajnie miażdżą i wbijają w ziemię. Te spokojniejsze: "Witam Panie", a zwłaszcza "Wciąż od nowa", po prostu cieszą. Gdyby nie wyżej wymieniona "parszywa trójka", "ZWO" byłaby żelaznym kandydatem do zwycięstwa w ankietach podsumowujących rok 2012.

Maćka Januszkę znam od lat. Oczywiście nie osobiście ale wirtualnie, z radia, telewizji, wywiadów prasowych. Zawsze jawił mi się jako człowiek z oryginalnym poczuciem humoru i dużym dystansem do siebie. Pomimo sporych pokładów sympatii, jakie żywię w stosunku do niego uważam, że formacja mocno przesadziła. Wygląda to trochę tak, jakby Mech obawiał się, że będzie to ostatnia płyta w ich dorobku i wszystko, co im tylko przyszło do głowy postanowili nagrać i wydać. Może trochę tego wszystkiego za dużo jak na jeden album? Coś mi się wydaje, że oto mamy do czynienia z wielce kontrowersyjnym krążkiem, może nie na miarę "Lulu", wspólnego "dzieła" Metalliki i Lou Reeda, ale ekstremalnie skrajnych ocen nie zabraknie.

Z całą pewnością "ZWO" wart jest zainteresowania i pomimo wielu krytycznych słów jakie napisałem powyżej wystawiam mu wysoką ocenę, bo te dobre utwory są przecież w zdecydowanej przewadze.

Robert Trusiak