Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Dusk...Subside

Dusk...Subside - Inverloch

Dusk...Subside

Wykonawca:

Inverloch

9 /10

Są takie zespoły, które szybko stają się legendą. Zwłaszcza, jeśli wydadzą jeden znakomity album i zakończą działalność. Taka historia stała się udziałem australijskiego Disembowelment. W '93 roku kwartet z Melbourne, za pośrednictwem Relapse Records, wypuszcza na rynek swój debiutancki LP "Transcendence Into The Peripheral", stając się jednym z pionierów funeral doomu.

Choć doom był jednym z dominujących elementów na płycie, można było na niej usłyszeć również gęste deathmetalowe partie. W tamtym czasie był to oryginalny mariaż tych dwu gatunków muzycznych. Po rozpadzie, gitarzyści Mathew Skarajew i Renato Gallina powołali do życia etno-ambientowy projekt Trial Of The Bow. Nad ich debiutanckim albumem rozpływali się w zachwytach dziennikarze m.in. The Rolling Stone. I słusznie. Wreszcie drogi Skarajew i Galliny rozeszły się. Gallina nie był zainteresowany graniem metalu, z kolei Skarajew chciał wrócić do wcześniejszych klimatów. Szybko zebrał ekipę o podobnych zainteresowaniach, z bębniarzem Paulem Mazziottą (Disembowelment) na czele. Najpierw jako d.USK grali covery swej macierzystej formacji, by po zmianie nazwy na Inverloch zacząć tworzyć coś nowego. Tyle przydługim, lecz koniecznym tu tytułem wstępu.

"Dusk...Subside" jest klamrą spinającą to wszystko, o czym powyżej napisałem. Zabiera słuchacza z miejsca, w którym skończyło Disembowelment, inkorporuje ambientowe elementy twórczości Trial Of The Bow (wykorzystano partie skomponowane z myślą o albumie TOTB, który nigdy się nie ukazał) i prowadzi ku nowemu.

Tylko lub aż 3 utwory, 22 minuty muzyki wypełniają recenzowaną epkę. Na okładce gęsty las, zapadający zmrok. Taka też jest muzyka i klimat zawarty na krążku. Mroczny, niepokojący, jak strachy budzące się po zachodzie słońca. Dźwięki sączą się powoli. Brakowało ostatnio takiego grania. Kto jeszcze pamięta debiutanckie wydawnictwa Pan-Thy-Monium, Morgion czy wspomnianego już Disembowelment? Te zespoły wiedziały, jak umiejętnie łączyć death metal i doom, jak kreować niepowtarzalny klimat.

"Dusk...Subside" stanowi znakomite nawiązanie do tamtych produkcji. Deathmetalowe wybuchy, przywołujące skojarzenia z wczesnym Autopsy, tworzą klimat w równym stopniu, jak doomowe, wolne, raz melodyjne, innym razem po prostu ciężkie, wręcz zduszone partie. Ambientowy klimat spowija krążek również wtedy, gdy wchodzą gitary i perkusja, a nie tylko w pojawiających się sporadycznie, czysto ambientowych przerywnikach. Klimat albumu autentycznie wsysa słuchacza. Dźwięki przebijają się jakby z trudem, niczym promienie gasnącego słońca przez gęste korony drzew. Zdołowane, brudne brzmienie gitar, żywo brzmiąca perkusja i głęboki growl robią swoje. Materiał powstawał zresztą niemalże 'na żywo'. Jeden numer nagrywano w jeden dzień. Muzykom zależało na jak najbardziej autentycznym brzmieniu i ten cel perfekcyjnie został zrealizowany.

Płyta ta z jednej strony stanowi jawne odwołanie się do przeszłości; z drugiej, jest powiewem świeżości na ekstremalnej scenie. Jedyny zarzut, jaki jestem w stanie postawić to to, że krążek jest zbyt krótki. "Dusk...Subside" zaostrza tylko apetyt na długograja. Znakomity, przemyślany to album, który brzmi przy tym świeżo. Nie można mu nic zarzucić, ani jeśli idzie o stronę kompozytorską, ani aranżacjom. Muzyka mroczna i niepokojąca, przeplatana jest furiackimi zrywami, bardziej melodyjnymi partiami, jak również dark ambientem. Śmiało można polecić ten tytuł wielbicielom death/doom oraz wszystkim ciekawym, jak brzmi muzyczna ekstrema.

Sebastian Urbańczyk