Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Oro: Opus Primum

Oro: Opus Primum - Ufomammut

Oro: Opus Primum

Wykonawca:

Ufomammut

Gatunek:

Doom metal

8 /10

"Gdybyśmy tylko mogli cofnąć się w czasie, najprawdopodobniej od samego początku wszystkim próbowalibyśmy zająć się we własnym zakresie. Z dzisiejszej perspektywy, podpisywanie kontraktów z wytwórniami oceniam jako niewątpliwy błąd. Interesowały ich tylko dwie kwestie - sprzedaż i kasa."

Tak mówił, w wywiadzie z okazji premiery "Idolum", Urlo, frontman Ufomammut, odnosząc się do dwóch pierwszych wydawnictw zespołu, i zachwalając zalety wydawania albumów nakładem własnej wytwórni Supernatural Cat. Tymczasem, niedawno zespół ponownie wszedł do tej samej rzeki, i oto następca znakomitego "Eve" trafi na rynek nakładem amerykańskiej Neurot Recordings.

Szczerze mówiąc, mam mieszane uczucia co do tego dealu, choć jestem przekonany, że na tym etapie kariery Włosi z pewnością działają w przemyślany sposób. To jednak nie wszystkie niespodzianki, bowiem najnowszy krążek Ufomammut zostanie wydany w dwóch częściach, z których każda ujrzy światło dzienne jeszcze w tym roku (druga odsłona "Oro" planowana jest na wrzesień).

Palindrom "Oro" oznacza zarówno "modlę się", jak i "złoto", a zespół w zapowiedziach albumu nawiązywał do alchemicznego laboratorium, pełnego kolb, alembików i probówek, wypełnionych przedziwnymi, mieszającymi się ze sobą substancjami. Świetne to, i bardzo muzyczne porównanie, oddziałujące na wyobraźnię tym bardziej, że każdy muzyk, podobnie jak średniowieczny alchemik, przez całą karierę poszukuje swego kamienia filozoficznego, który pozwoliłby mu zmienić tworzoną sztukę w najcenniejszy kruszec. Nie są mi znane tajniki podejmowanych w zamierzchłych czasach prób stworzenia owego kamienia, ale zapewne proces ten przebiegał etapami i wymagał wykorzystania rozmaitych pierwiastków.

Problemem, a może zaletą (zależy, jak na to spojrzeć) jest to, że Ufomammut w swej recepturze wykorzystał w zasadzie wyłącznie dobrze już znane i wypróbowane wcześniej składniki. "Oro" nie zaskakuje niczym, wszystkie zawarte w nim elementy pojawiły się już we wcześniejszej twórczości Włochów. Może to świadczyć o tym, że formacja konsekwentnie podąża obraną ścieżką; mnie jednak niepokoi fakt, że po raz pierwszy Ufomammut okazał się być… przewidywalny. Każdy poprzedni album zespołu, choć oparty był rzecz jasna na bardzo charakterystycznych brzmieniach, wyraźnie różnił się jednak jeden od drugiego.

"Oro" nie jest kalką "Eve", to na pewno inna płyta, duszniejsza i jakby przydymiona, czemu zresztą bardzo służy zaskakująco mało klarowna produkcja (podobnie, jak na koncertach, wokale zostały schowane głęboko z tyłu). Tak zwarta, że aż trudno wyróżnić na niej jakiś konkretny fragment, który miałby zostać koncertowym hitem, tak jak stało się to w przypadku wcześniejszych "Odio", "Stigma", "Stardog", czy wreszcie dowolnego kawałka "Eve". Odsłuchując "Oro" po raz kolejny, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że to po prostu zgrabnie zszyty patchwork, wykorzystujący tylko to, co już dobrze znamy. Począwszy od wokali, poprzez efekty, a na riffach skończywszy.

Paradoksalnie, wbrew przyjętemu konceptowi, który towarzyszy "Oro", Ufomammut sprawia wrażenie zespołu, który jakby zaprzestał poszukiwań. Albo przynajmniej dostał zadyszki i przystanął w miejscu dla zaczerpnięcia głębszego oddechu. "Oro" to album zachowawczy, któremu niestety zabrakło złotego blasku. Z perspektywy czasu i recenzowanego właśnie krążka, jak na dłoni widać, że swój kamień filozoficzny Ufomammut odnalazł wcześniej i użył go (a może zużył?) do nagrania rewelacyjnych: "Snailking", "Idolum" oraz "Eve". Nadszedł chyba czas najwyższy, by poszukać nowego sposobu na wydestylowanie szlachetnego kruszcu, i jestem przekonany, że Ufomammut ma ku temu potencjał. W końcu proces transmutacji nigdy się nie kończy i trwa do końca życia każdego alchemika.

Szymon Kubicki